Przy kieliszku o amigowych demach

Piątek był ciężki. Zasnąłem tak jak stałem, w ubraniu i przy włączonej lampie. Na drugi dzień wcale nie było mi lepiej. Próbowałem ogarnąć mieszkanie, jakieś zakupy – wszystko bez większego entuzjazmu. Gdzieś w okolicy godziny trzeciej odezwały się zakwasy i stłuczenia. Gorąca kąpiel pomogła tylko na chwilę. Czułem jak z każdą minutą coraz bardziej boli mnie kręgosłup.

„Starość” – pomyślałem ponuro – „Nie ma mowy, żeby iść gdziekolwiek w takim stanie”.

Cały czas tłukło mi się z tyłu głowy, że miałem z kimś się spotkać tego wieczora, ale zapomniałem gdzie i z kim. Zresztą sama wizja wyjścia z domu była odpychająca. Próbowałem czytać. Z marnym skutkiem. W końcu zabrałem się za katalogowanie amigowego softu pod WHDLoad. Kilka kolejnych godzin spędziłem na przerzucaniu plików z kompaktów na karty flash. Idealne, odmóżdżające zajęcie na emeryckie popołudnie.

amiga1200
Amiga 1200, popularny w Polsce, klasyczny retro komputer

Było już ciemno i cicho. Zgrywałem ostatnie dema, kiedy z transu wyrwał mnie dzwonek u drzwi. „No jeszcze mi gości dzisiaj potrzeba, cholera jasna”. Byłem zły. Mój dzwonek ma siłę syreny okrętowej. Sąsiedzi biegną otwierać myśląc, że to do nich.

– Siemaaaa! – w drzwiach stał Grzegorz – Otwarta brama była. Co tam? Gotowy? Dawaj, dawaj – wyrzucał z siebie pakując się do przedpokoju. – O ku..wa! Co się stało?– wskazał na moją rozwaloną wargę – Z czołgiem się zderzyłeś?

– Lufa za bardzo wystawała. Drobiazg. – jakoś nie chciało mi się wchodzić w szczegóły.

– Eno, ale co jakby? – ton trochę mu spoważniał.

– Luz, mówię. Nieporozumienie w drodze do domu. Bez strat własnych.

– Dobra, pie…rzyć to – Grzegorz nie należy do namolnych – Biforka przed imprezą? Mam sprzęt. – uśmiechnął się zachęcająco potrząsając pękatą reklamówką, w której coś kusząco zabrzęczało.

– Nie dzisiaj – jęknąłem.

– Jak to nie dzisiaj. Zdrowie Andrzeja pijemy. Urodziny ma!

„Faktycznie” – przypomniałem sobie – „Pewnie dlatego od rana coś nie dawało mi spokoju”. Andrzeja znam od kilku lat. Chłopak zajmuje się grafiką 3D. Od niedawna w branży, ale jest utalentowany i szybko wyrobił sobie markę. Pracuje na freelansie dla dużych studiów deweloperskich. Jest też abstynentem. Od roku. Ścisłe zalecenie lekarza.

Grzegorz nadrabia jego procentowe zaległości. Czasem mu pomagam.

– Dobra – przemogłem się – może być biforka, ale muszę skończyć robotę – wskazałem  na Amigę, którą z braku miejsca trzymam w kuchni.

– Ekstra! A co robisz?

Demka porządkuję, fantastyczna sprawa. Chcesz zobaczyć?

– Wiadomka!

Grzesiek lubi być na bieżąco, ale ma też ten rzadki gen, który każe się interesować historią. Całkiem sporo mu to daje, bo oprócz praktycznych umiejętności w projektowaniu i zarządzaniu produkcją ma szerszą perspektywę i własne zdanie na wiele tematów. Trudno mu wcisnąć kit.

– Pamiętasz jak Ci mówiłem, że dzisiaj optymalizacja to jakiś żart? – wróciłem do ulubionego, choć kontrowersyjnego tematu. Nerwy mnie biorą, kiedy widzę ledwo chodzące aplikacje na maszynach o sile stacji renderujących Pixara. Rozmówcy zazwyczaj patrzą wtedy na mnie jak na wariata – Działa? Nie wywala się? To co się czepiam?

– No, dajesz dziadek – w tonie Grześka nie wyczułem przekory. Był zbyt zajęty ukręcaniem szyi połówce Luksusowej – Gdzie masz kieliszki? – rozglądnął się po kuchni i nie czekając na odpowiedź wyciągnął z szafki dwie czterdziestki – Za Andrzeja!

– Za Andrzeja – dopełniłem toast i podszedłem do buczącej Amigi – A teraz siadaj i patrz. Pokażę ci jak wygląda zapomniana sztuka mistrzowskiego ogarnięcia sprzętu.

demo2
FREAX, najlepsza znana mi książka o demoscenie C64 i Amigi, doskonałość

Siedzieliśmy bite dwie godziny. Odpalałem dema jedno po drugim i opowiadałem. Grzesiek pilnował szkła. Początkowo bardziej interesowały go procenty, ale widziałem jak staje się coraz bardziej zaintrygowany. W końcu zaczął głośno wyrażać swój zachwyt. Wkręcił się, a mnie to wcale nie dziwiło – patrzyliśmy na arcydzieła sztuki komputerowej.

Programy demonstracyjne są dokładnie tym, co sugeruje nazwa – demonstracją umiejętności i talentu twórców. Koder, muzyk, grafik, gość od community (swapper) – wszyscy robią co mogą, żeby zadziwić i pokazać kto rządzi na dzielnicy. Liczy się znajomość sprzętu, wykorzystanie jego potencjału, przekroczenie ograniczeń i stworzenie czegoś nowego i lepszego niż inni. Dochodzi do tego posmak undergroundu i elitarności i mamy odpowiednik BBoyowych batelek na Brooklynie. Tylko skille nieco inne.

Dema to dusza Amigi. Gry są jej krwioobiegiem, ale dema decydują o ponadczasowości tego sprzętu. Możesz mieć dzisiaj 40 lat, rodzinny samochód, psa i dzieciaki z problemami wychowawczymi, jednym słowem stare komputery mogą być ostatnią rzeczą, która zaprząta Ci głowę. Jeśli jednak wychowałeś się na Amidze, nigdy o niej nie zapomnisz. Jesteś w klanie po wieki wieków. Chińskie techniki prania mózgu tego nie zmienią.

Spośród kilkunastu programów oglądanych tamtej soboty wybrałem trzy wyjątkowe. Wszystkie pochodzą z początku lat 90. To osobista selekcja, bardzo emocjonalna. Pierwszy program to State of the Art. Dzieło Spaceballs. Krótkie, mocne, z chwytliwą rave’ową muzą i rozwalającą mózg wizualizacją. Do Grześka długo nie mogło dotrzeć, że cały teledysk – muzyka, obraz, kod – zajmują nie więcej niż 1,5 megabajta. Znaczniej mniej niż przeciętny plik MP3.

State of the Art było przełomowe. Zrywało z tradycyjną formą popisywania się umiejętnościami koderskimi i tworzyło spójną, domkniętą formę czystej rozrywki dla każdego, nie tylko dla maniaków komputerów. Być może właśnie dlatego w roku ’92 narobiło takiego szumu. Demo było do tego stopnia fenomenem kulturowym, że Telewizja Polska puszczała je wraz z innymi teledyskami w popołudniowej ramówce.

Członkowie grupy Spaceballs mieli po 17 lat kiedy to stworzyli. Dzieciaki z liceum…

Jesus on Es jest nieco mniej ikoniczne, ale ze wszystkich trzech pozycji dla mnie najważniejsze. Pierwsza połowa lat 90 to moja nieustająca fascynacja Rave, Techno i Acid House. Jesus on Es był esencją Rave. Formuła teledysku, ikonografia, sample, muzyka – wszystko krzyczało RAVE!

Prawie 30 minut doskonałej muzyki na dwóch dyskietkach 3,5′. Miazga.

Spotkałem się z opinią, że Jesus on Es jest nudne, długie i powtarzające. Trzeba kompletnie nie rozumieć muzy i klimatów raveowych, żeby opowiadać takie rzeczy publicznie. To jak zarzucać House, że w produkcji użyto Rolanda TB-303, albo Techno, że za mało gitar i wokalista nie ma długich włosów.

Demo idealnie oddaje ducha epoki. Zachwyca czystą formą, wielkimi hipnotycznymi połaciami kontrastowych plam kolorów, głównie czerni i bieli. Mogłoby lecieć na dowolnej retro imprezie we wrocławskich Niskich Łąkach albo w Salwadorze. Nikt by nie zauważył, że to track z domowego komputera do gier. I jeszcze ten niesamowity motyw z Muppet Show w 13-tej minucie…

Ostatnia z produkcji, Arte (’93), bliżej ma do tradycyjnego amigowego dema (trackmo) niż do teledysku. Przykład perfekcji kodu, idealnej synchronizacji, oryginalnej grafiki i muzy o zaskakującym jak na Amigę brzmieniu. Zwłaszcza muzyka robi wrażenie – dużo doskonałych sampli, ogromne bogactwo dźwięku i pomysłów. Nigdy wcześniej nie słyszałem na moim komputerze tak zaawansowanego, skomplikowanego i doskonale wyprodukowanego tracka.

Trochę to wszystko sentymentalne, ale nadal potrafię się zachwycać tymi kawałkami. I cieszę się jak cholera, że Grzegorz, mając tyle samo lat co te produkcje, potrafił z zainteresowaniem siedzieć przez bite dwie godziny i szczerze zachwycać się tym co widział i słyszał.

Jeśli sztuka ma definicję, amigowe dema są jej integralną częścią.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s