For your ears only: Rob Hubbard

Od jakiegoś już czasu przymierzam się do uporządkowania informacji na temat muzyków piszących na komputery 8-bit. Po części dlatego, że to ważna sfera retro, zwłaszcza w przypadku mikrokomputerów. Po części kieruje mną przekonanie, że o ile gameplay i sfera wizualna starzeją się dość szybko, o tyle muzykę proces ten dotyka w niewielkim stopniu. Wiem, że to subiektywna ocena, ale przecież ten subiektywizm jest dość powszechny. Muzyków z lat 80 otacza się kultem zgoła większym niż pozostałych twórców z tamtego okresu.

Zastanawiałem się skąd ta rewerencja dla Dawida Whittakera, Richarda Munnsa czy Adama Gilmore i mam kilka hipotez:

  • W latach 80 i na początku lat 90 mało kto z twórców na komputery domowe miał porządne wykształcenie muzyczne. Każdy wyjątek natychmiast się wybijał.
  • Możliwości technologiczne były tak ograniczone, że zdolne jednostki tworzyły zupełnie inną jakość niż cała reszta.
  • Znane nazwiska pracowały zazwyczaj w utalentowanych zespołach. Dzięki temu dobra muzyka towarzyszyła świetnym grom (Draconus, International Karate, Warhawk, BMX Simulator)
  • Styl każdego twórcy był łatwy do rozpoznania. Wynikało to często ze sztuczek programistycznych i wykorzystywania ulubionych dźwięków. Dzisiaj muzyka to muzyka; ta pochodząca z gier nie różni się od tego co słyszymy w filmach i na płytach. Przez kontrast ośmiobitowe utwory muzyczne stanowiły i nadal stanowią odrębną kategorię, nie mającą żadnego odpowiednika poza swoją niszą.

Zaznaczam, że to tylko hipotezy. Równie dobrze można szukać przyczyn zupełnie gdzie indziej.

Jest kilka nazwisk z tamtych lat, które wypada znać. Na przestrzeni najbliższych miesięcy postaram się przybliżyć większość z nich. Jeśli chodzi o kolejność prezentacji, sprawę oddałem w ręce losu i dzisiejszy wybór wynika z rzutu analogową kostką sześciościenną. Wypadły trzy oczka, przywitajmy zatem Roba Hubbarda. Gorące brawa!

JAAT
Rob Hubbard, zdjęcie z lat 80

Hubbard jest Anglikiem, ma prawie 60 lat i jest dowodem na to, że branża gier jest już stara. Muzyk największe sukcesy odnosił w latach 80, gdzie pracował przez kilka lat w pamiętnym Gremlin Graphics. Początkowo chciał programować i muzyka była jedynie dodatkiem, gremliny jednak zdecydowały inaczej. W 1988 przeniósł się do Stanów gdzie kontynuował pracę dla Electronic Arts (wtedy jeszcze podpisujące się logiem ECA, a nie jak dzisiaj EA).

Z historycznego punktu widzenia, związek Hubbarda z EA jest szalenie interesujący. Pochodzący z Kingston Upon Hill kompozytor był pierwszą w studiu Elektroników osobą odpowiedzialną wyłącznie za dźwięk i muzykę. Co więcej, w niedługim czasie Hubbard otrzymał w EA stanowisko Dyrektora Technicznego ds. Audio.

RH
Stare logo Electronic Arts, wycofane w roku 2000

Hubbard opuścił Amerykę i Electronic Arts w 2002 roku, wrócił do Anglii i żyje sobie spokojnie występując, komponując i grając muzykę na żywo. Chętnie też udziela wywiadów i opowiada o początkach branży. Realnie oceniając, jego wpływ na rozwój gier wideo skończył się wraz z popularyzacją komputerów 16-bitowych. Tym bardziej trzeba mu oddać szacunek za fakt, że jest jednym z TYCH nazwisk a skomponowane przez niego utwory wciąż budzą żywe emocje i, przynajmniej u mnie, ogromny podziw dla umiejętności i zrozumienia narzędzi na których pracował.

Rob Hubbard kojarzony jest przede wszystkim z chipem SID, muzycznym sercem Commodore 64. O samym SIDzie można pisać i pisać, dość powiedzieć, że chip pozwalał na uzyskanie bardzo charakterystycznego, czystego dźwięku i znacznie przewyższał wszystko co znajdowało się na rynku do czasu nadejścia Amigi. Nawet wtedy jednak, dzięki specyficznemu brzmieniu, SID pozostał wyjątkowym instrumentem. Jeśli interesujesz się retro gamingiem, koniecznie posłuchaj muzyki na tym sprzęcie. Zwłaszcza na oryginalnym C64, bo emulatory nie oddają jakości w 100%.

RH5
Monty on the Run, reklama gry z muzyką Hubbarda, w lewym rogu pierwsze logo Gremlin Graphics

O ile jednak na Commodore dobrej muzyki nigdy nie brakowało (do czego mocno przyczyniła się popularność sprzętu w UK i europejska demoscena), o tyle Atari XL/XE było w tym względzie mocno zacofane. Sytuacja zmieniła się co prawda z początkiem lat 90, kiedy Polska stała się głównym (obok Czech) ośrodkiem produkcji softu na tą maszynę, ale była to już zupełnie inna epoka. Tak czy owak, w czasach braku porządnych tracków na Atarynkę, Hubbard błyszczał jak mało kto. Jego muzyka stanowiła powód do odpalenia gry i podkręcenia głośności monitora na full.

Na koniec zapraszam do zapoznania się z kilkoma kultowymi grami z małego Atari. Żadna z nich nie byłaby kompletna gdyby nie muzyka Hubbarda. Miłego wspominania!

Warhawk

Wydany w 1986 przez Firebird wertykalny shooter, jeden z niewielu na Atari XL/XE o których warto wspomnieć. Grywalny, sprawnie zrealizowany, posiada szybki scrolling i niezłą dynamikę rozgrywki. Absolutny klasyk. Najczęściej wspominany w kontekście muzyki.

International Karate

Klasyk od System 3 i kamień milowy w historii fighting games. W mojej opinii dużo lepszy od konkurencyjnego The Way of Exploding Fist i to nie tylko dlatego, że muzyka Hubbarda jest tu po prostu epicka.

Jet Set Willy

Gigant ery 8-bit. Gra tak klasyczna, że można stawiać jej spiżowe pomniki. Świetnemu gameplayowi towarzyszy energetyzująca, zapadająca w pamięć ścieżka dźwiękowa.

The Extirpator

Ekskluzywny horyzontalny shmup na Atari XL/XE. Nie dość że reprezentuje rzadko występujący na tym sprzęcie gatunek, to jeszcze jest grywalny i świetnie wyglądający. Mój absolutny nr 1 w zestawieniu. Mam wątpliwość czy Hubbard napisał kiedyś coś lepszego na C64. Czysta energia!

P.S. Chcesz być na bierząco? Odwiedź stronę myheadisretro na Facebooku i kliknij Like. Nie przegapisz wtedy nowych wpisów i różnych ciekawostek, które udostępniam.

Reklamy

15 uwag do wpisu “For your ears only: Rob Hubbard

  1. Znowu fajny tekst, coś nie widzę opcji facebookowego lubienia, można tylko szerować. Może byś dodał, ludziom tak łatwiej wyrażać oznaki sympatii. 😉

    Tak tragicznie z małym Atari to nie było, do SIDa oczywiście brakowało, ale kawałki wcale nie raniły uszu. To zupełnie nie ten blamaż, który był przy Atari ST, komputerem pierwotnie skierowanych do sfery muzycznej i ze wsparciem dla MIDI itp. Hubbard, jasne – wielkim poetą był – najbardziej kojarzę go z Ninja, powyższe Karate, genialny, po prostu genialny soundtrack Jet Set Willy czy Last V8. No i oczywiście commodorowski Commando. Natomiast najlepsze kawałki od innych, może będziesz o nich pisał w następnych wpisach, to Armaroute z menu (najbardziej klimatyczna i egzotyczna ze wszystkiego co spotkałem w czasach 8bit), Spy vs Spy 2 czy Zorro. Tak na szybko. 🙂

    P.S. Atarowski International Karate w moich czasach zawsze krążył jako World Karate Championship. Natomiast International Karate kojarzył się z tą wersją z + (plus), czyli graniem w trzy osoby. Ale wiadomo, wszystko spowodowane lekkim bałaganem w nazwach, różnymi wersjami jakie krążyły między USA a Europą. Oczywiście sama gra była fantastyczna. Obok Karateki i Ninja zdecydowanie najważniejsza w moim dzieciństwie gra „karate”. 🙂

    1. Jak zwykle pozostaje mi tylko się z Tobą zgodzić, chociaż nie chodziło mi nigdy o umniejszenie jakości dźwięku małego Atari. Jak pokazały polskie kawałki z początku lat 90 – Atari mogło bardzo dużo, też w kwesti digitalizacji sampli. Jednak Atari jako sprzęt na świecie było trupem od roku 1986 i mało kto na nie pisał cokolwiek. W latach kiedy na C64 powstawała demoscena i ludzie robili programistyczne cuda, na Atari powstawały ogony.

      Ogromna baza użytkowników i ciśnienie na rozkminianie możliwości sprzętowych c64 spowodowało, że 2 razy słabsza maszyna od atarynki ośmieszała ją jakością projektów, grafiki, rozpasaniem muzy. Nawet nie porównuję sceny growej i demosceny Atari i C64 w latach 85-90 bo na Atari nie istniało nic a c64 definiowało rynek.

      W tym kontekście muza na Atari, zwłaszcza dobra muza, jest znacznie cenniejsza. Chcę opisać co lepszych gości z tej sceny. Może masz sugestie kogo wrzucić? Mam swoje typy ale rozważę inne jeśli coś podsuniesz.

      1. Sorki, z braku czasu dopiero odpowiadam. I ja też się ogólnie zgadzam, jedynie delikatnie koryguję, bo miejscami są zbyt radykalne te stwierdzenia. 🙂 Tak, 8 bitowe Atari było w drugiej połowie w gorszej sytuacji (w globalnej skali), tak, C-64 rozwijało się mocno i błyszczało (w globalnej skali). Natomiast na Atari wciąż się trochę jeszcze działo (choć z roku na rok gorzej) i Atari miało swoje perełki również w 85-90, nie patrząc nawet na polskich twórców. Alternate Reality z 85-87 roku, The Last Starfighter z 1986, Beach-Head II z 1985, Rescue On Fractalus! i The Eidolon z 1985, Cavelord z 1985, Draconus i Zybex z 1988 to wszystkie tytuły, które – jeżeli mnie pamięć nie myli – zaczynały swoją karierę na Atari. Oczywiście i tak większość z nich, w lepszych lub gorszych wersjach, wylądowały na innych maszynach. Do tego w skali krajowej (naszej) nie było też tak źle, bo zawsze mieliśmy trochę opóźnienia do świata i aż tak bardzo to nie męczyło, wciąż gier było trochę i różnorodnych. No, a później uratowali Atari oczywiście Polacy, ale wtedy to już miałem Amigę i było mi wszystko jedno (załapałem się tylko na Robbo, Freda i Misje).

        Żeby też nie było, że jestem jakoś strasznie tendencyjny, bo zawsze miałem w dupie podziały i to co mnie głównie kręciło to gry, a nie znaczek. Uciekałem z tonących okrętów bez większych wyrzutów sumienia. I dobrze pamiętam, że śliniłem się na widok mnóstwa gier z Bajtków, Komputerów i z tego co widywałem na giełdzie. Nie kumałem wtedy dlaczego sporo z nich ma wersję na C-64 czy ZX Spectrum, a Atari jest pozostawione swojemu losowi. Przez następne lata musiałem nadrabiać te gry na emulatorach – ba! – nadrabiam je do dzisiaj, vide Usagi Yojimbo, choć teraz już na własnym C-64. 🙂

        A co do pytania o konkretnych ludzi z muzycznej sceny 8bit to aż tak dobrze nie jestem zorientowany. Wspominałem Armaroute, ale pojawiło się u ciebie nazwisko Dawida Whittakera, tak więc pewnie będziesz o nim pisał (swoją drogą muzyczne zwierzę w ilości utworów do gier). Znacznie więcej mam w pamięci utworów z Amigi, ale to już inna epoka.

      2. Mam podobne obserwacje, chociaż faktycznie stawiam sprawę nieco bardziej radykalnie od Ciebie. Tak czy owak, dopiero dzisiaj można ocenić ilość i jakość softu na obie platformy. W latach 80 i 90 realia były takie, że nowa gra oznaczała tyle co „nowa gra na giełdzie/u znajomych”. Czasami te nowości miały po kilka grubych lat zanim trafiły do obiegu w Polsce. Nie wspominając o grach mitach. The Train i Barbarian na Atari XL – nie istniały, chociaż polska prasa usilnie twierdziła że „na zachodzie ludzie mają”. Barbariana zrobili chyba dopiero Polacy w latach 90:)

      3. Taaa, świetnie przykłady. 🙂 Szczególnie z Barbarianem była prawdziwa szopka, jeden, usilnie popełniany błąd przez Bajtka i ludzie poszukiwali go niczym św. Graala.

        Ten wykres dobrze obrazuje po latach jak wyglądał globalny rynek mikrokomputerów, z punktu widzenia amerykańskiego/zachodnioeuropejskiego developera.

  2. Sprostowanie na wypadek, gdyby zachęcony powyższym entuzjastycznym opisem czytelnik zechciał sprawdzić port JSW na Atari w celach nie tylko muzycznych, lecz również rozrywkowych: otóż, nie zalecam. Tynesoft, co zgodnie podkreślali ówcześni recenzenci, całkowicie schrzanił sprawę – w ich wersji szwankuje właściwie wszystko (animacja, grafika, grywalność…) oprócz muzyki Hubbarda. Atari naprawdę potrafi znacznie więcej.

    Dopiero w 2007 roku nasz rodak XXL przygotował o wiele lepszą konwersję (http://xxl.atari.pl/?page_id=72) – wierną spectrumowemu oryginałowi i po 20 latach odsyłającą niechlubne dzieło Tynesoftu do lamusa. Muzyka Hubbarda na szczęście została.

      1. Z atarowskim portem JSW mam osobiście na pieńku i nigdy Tynesoftowi nie wybaczę – zmarnowałem dzieciństwo na próby przejścia gry, której przejść się nie da (bo nie można sięgnąć wszystkich przedmiotów), a do tego nikt mi nie powiedział, że właściwie każda inna wersja, od spectrumowego oryginału począwszy, jest lepsza.

        Inna sprawa, że JSW Matthew Smitha też nie dało się ukończyć bez użycia kilku cwanych poke’ów (więcej w temacie powie angielska Wikipedia), o których tu w Polsce nikt nie wiedział, jeśli nie miał dostępu np. do 4. numeru Your Spectrum (a kto niby miał). Więc może gdybym poświęcił szczenięce lata na z góry skazane na klęskę próby pokonania oryginału, teraz znienawidziłbym oryginał?

        A tak przynajmniej nasłuchałem się muzyki Hubbarda.

      2. Faktycznie całe zamieszanie z zabugowanym JTW na Spectrum i nagrodą za przejście to jedna z lepszych anegdot w historii. Na Atari grałem już długo po tym jak JSW królował w rankingach i zapamiętałem go jako gorszą wersję Manic Minera. Do dzisiaj wolę pierwszą grę z serii, niezależnie od platformy.

  3. A jeszcze, już o samej muzyce. Dwa linki, może ktoś nie zna, choć wątpię. Najważniejszy – http://www.remix64.com/, gigantyczna baza remiksów gier z 8 i 16 bitowców, dzięki niej mam kilka samochodowych składanek. 🙂 Druga rzecz to zespół PRESS PLAY ON TAPE http://pressplayontape.com/ Całkiem sporo jest dzisiaj hipsterskich zespołów, które odświeżają kultowe soundtracki, ale tych darzę szczególnym szacunkiem. The Secret of Monkey Island, Ghosts ‚n Goblins, Monty on the Run czy Commando, naprawdę fajnie zagrali. Można ich posłuchać m.in. na Spotify czy YT.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s