Małe jest piękne i wciągające – Ole!

W Raging Beast grałem w roku ’90. Miałem wtedy małe Atari, na które patrzyłem z coraz większą niechęcią. Amiga rosła w siłę i wystarczyło rzucić okiem na urozmaicone, multi-kolorowe screeny, żeby poczuć się nieswojo. Zresztą co tam Amiga. Zwykłe C-64 oferowało wszystkie możliwe tytuły w bardzo dobrej jakości. Głowa bolała od wgapiania się w listę nowych gier, odświeżaną z cotygodniową regularnością przez pewnego legnickiego przedsiębiorcę, u którego zaopatrywałem się w soft. Te wszystkie Defendery of the Crown, Iron Lordy, Robocopy i Operation Wolfy budziły zazdrość i budowały potrzeby, którym małe Atari nie było w stanie sprostać. Miałem jedno marzenie – dorwać się do tych wielkich, rozbudowanych strategii i przygodówek; wyjść z etapu nabijania high-score’ów w shmupach z ’82 i grać nowocześnie! No i doczekałem się w końcu, chociaż w sposób niespodziewany i owocujący zaskakującym zakończeniem. Ale po kolei…

ole2
Raging Beast, Commodore 64, ekran startowy

Kto pamięta boom na Commodore 64 w Polsce, ten wie, że z początkiem lat 90, z towaru drogiego i deficytowego maszyna ta stała się popularnym i niedrogim sprzętem. Żeby tylko to! Handlował nią kto tylko mógł. Już wtedy miałem ukute powiedzenie, że „komputer można kupić w byle mięsnym”. W kilku przypadkach było to nawet bliskie prawdy. W samym centrum Legnicy mogłem wskazać kilka lokacji, które oprócz mebli, proszków i książek oferowały mikrokomputery. Lub przynajmniej pirackie kasety. Piękne to były czasy – totalnego zachłyśnięcia zachodem i chaotycznego nadrabiania zaległości cywilizacyjnych.

W takich okolicznościach właśnie, pewnego majowego dnia tuż po szkole odebrałem telefon. Jeszcze nie komórkę, bo to luksus był za duży, ale już porządną domową słuchawkę na przyciskach. Postęp. No więc odebrałem, wypowiedziałem obowiązkowe „słucham” przekonany, że to do rodziców i wtedy usłyszałem kumpla. Był podekscytowany.

– „Wpadaj natychmiast” – Kumpel był z tych najbliższych; inna szkoła, te same zainteresowania. Często graliśmy na Atarynce, na przemian z łowieniem ryb. No, może graliśmy trochę częściej…

– „Znaczy teraz? Obiad mam.”

– „A ja mam komputer. Ojciec kupił.”

Tu to mi lekko ciśnienie skoczyło.

– „Jak to kupił? Co kupił?” – idea kupowania komputera przez rodziców bez konsultacji z dzieckiem była zupełną nowością. Przy czym konsultacja = minimum rok błagania, namawiania a nawet zdobywania lepszych ocen – wszystko podporządkowane szczytnemu celowi.

– „No kupił. Był na mieście i kupił. Chodź, bo trzeba toto poskładać”.

Zgłupiałem na takie dictum. Jak to tak? Ojciec kumpla poszedł do sklepu, pewnie po marchew i kupił przy okazji komputer? Świat oszalał. Nie czekałem, musiałem zobaczyć to na własne oczy. Buty, bluza, klucze, sprint… Pół godziny później uruchamialiśmy już pierwszą grę na nowiutkim C-64 z kolorowym monitorem. Normalnie 24 grudnia w środku maja!

ole3
Raging Beast, Commodore 64, gameplay

Dalsze tygodnie upłynęły pod znakiem oglądania wszystkiego co Commodore mógł zaoferować. Byłem na przemian zachwycony i zły. Zachwycony tym co widziałem, zły na to, że moje Atari przestało się kompletnie liczyć. Tym bardziej dałem się zaskoczyć, kiedy kumpel zaproponował wymianę. Czasową oczywiście. Przez kilka dni miałem mieć jego maszynę w domu i grać bez limitu. On zabierał atarynę bo marzyło mu się Star Raiders II. Podobno gra była na komodę, ale nikt z nas jej na oczy nie widział. Do wymiany oczywiście doszło. Ku obustronnemu zadowoleniu.

„O, to teraz sobie pogram” – myślałem dźwigając pudła do domu – „Przejdę Robocopa, Operation Wolf, Out Run. Ale będzie jazda!”. No i była, ale nie dokładnie tak jak zaplanowałem. Owszem, wczytałem wszystkie wymienione tytuły, nawet poświęciłem im trochę czasu, ale ciągle kusiło mnie, żeby oglądać nowe i żadna gra nie była w stanie utrzymać mnie na dłużej. Kaset miałem sporo, nie starczyłoby czasu, żeby wszystko porządnie sprawdzić. Wygłodzony minimalistyczną atarowską dietą rzuciłem się na nowości jak hiena. Wczytać – poklikać 5 minut – wyłączyć. Wczytać – poklikać… I tak w kółko. Z transu wybudziła mnie dopiero niepozorna pozycja opisana jako Ole! Wczytałem – poklikałem – znowu poklikałem – i tak już zostało przez najbliższe kilka godzin. Wsiąkłem bez pamięci!

ole1
Raging Beast, Amstrad CPC, okładka kasety

Czymże jest ta mistyczna gra, która tak mną wstrząsnęła? Raging Beast, znany też jako Ole! jest prostym symulatorem korridy. Jedna arena, jeden matador, jeden byk o wdzięcznym imieniu Alfonso. Do tego samolot z szarfą i dwóch noszowych – ot i całe środowisko. Raging Beast jest tak bardzo minimalne, że dzisiejsze najbardziej skromne tytuły indie wyglądają jak korporacyjne kolosy. Gameplay, co tu ukrywać, również nie jest wyjątkowo skomplikowany. Sterujesz matadorem, biegasz, machasz czerwoną płachtą. Kiedy byk szarżuje – robisz elegancki unik albo dostajesz się pod kopyta. Alfonso jednym atakiem potrafi doszczętnie zdemolować Ci zdrowie albo podrzucić na grzbiet i pozwolić na małe rodeo. Wszystko jest punktowane (score wyświetlane jest na szarfie ciągniętej przez samolot). Na koniec, jeśli jesteś wystarczająco zręczny, z widowni podadzą Ci szarfę, której zarzucenie na kark zwierzęcia domyka pojedynek.

Brzmi trywialnie i jest trywialne. No może za wyjątkiem przewidywalności tego co Alfonso zrobi, bo zwierzę jest zaskakująco sprytne, a nawet złośliwe. W tej złośliwości leży cały urok gry. Byk, powiedzmy to sobie otwarcie, jest prawdziwym bohaterem Raging Beast. Ma więcej animacji, więcej uroku, bardziej skupia na sobie uwagę. No i ma imię. Przy tym niektóre animacje są zaskakująco kreskówkowe, jak na przykład siedzenie na przeciwniku i pogodne machanie łapą ku widowni. Inne kojarzą mi się z perfekcyjnym Argo z Shadow of the Colossus. Stanów animacji jest zresztą całkiem sporo – przyspieszanie, zwalnianie, hamowanie w miejscu, zmiana pozycji – trzeba przyznać, że ktoś fantastycznie oddał zachowanie byka i to za pomocą kilku dosłownie pikseli. Warto zobaczyć Ole! choćby z tego powodu.

Druga rzecz to model rozgrywki. Walki są szybkie i dynamiczne. Nawet zwycięska sesja nie trwa dłużej niż kilka minut. Zresztą, zwyciężyć nie jest wcale tak prosto. Jak już wspomniałem, z Alfonso jest kawał byka i potrafi nieźle zaleźć za skórę. Konkretne wyzwanie, dynamika i świetny feeling ze sterowania powodują, że gra uzależnia jak mało która. Nawet dzisiaj. Kilka tygodni temu zrobiliśmy w większym gronie przegląd ulubionych starych gier i przy Raging Beast znowu spędziliśmy najwięcej czasu. Najwidoczniej formuła się nie zestarzała.

Prawdę powiedziawszy, Ole! jest za małe, żeby więcej o nim pisać. Trzeba zagrać i samemu poczuć moc. Na mojej osobistej liście „gier, które pokazały że można…”, przygody Alfonso znajdują się bardzo wysoko i stanowią przykład perfekcyjnego wykorzystania animacji i sterowania do zbudowania unikalnego doświadczenia. Nie było takiej gry wcześniej i nie ma do dziś.

I jeszcze jedno. Oglądnięcie rozgrywki na youtube da Wam tylko powierzchowny obraz. W Raging Beast trzeba zagrać – na joysticku (żaden tam emulator)! Polecam oczywiście wersję na C-64 bo znam ją najlepiej. Co prawda Amstrad zdaje się mieć bardzo dobry port, ale nie udało mi się jeszcze dorwać kasety z programem i z tego powodu trudno mi rekomendować.

P.S. Zzap!64 (z roku ’86) przyznał Raging Beast ocenę w wysokości 89%. Bardzo wysoko, jak magazyn znany z surowych dość osądów. Najwidoczniej nie tylko mi korrida w wydaniu Alfonso mocno przypadła do gustu.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Małe jest piękne i wciągające – Ole!

  1. Strasznie żałuję, że w młodości nie miałem okazji w to zagrać. Ba, dziwi mnie, że pomimo posiadania C64 przez bodajże 1,5 roku, a potem w czasie pogrywania u kuzyna lub u znajomych, nie natrafiłem na masę innych jakościowych tytułów, jak Maniac Mansion, Dizzy, Midnight Resistance, Rainbow Islands, Rodland (jakość miażdżaca), Myth czy Mayhem in Monsterland (chyba szczyt możliwości C64). A to była przecież podstawówka, ludzie wymieniali się kasetami… Nie wiem, gdzie tkwił problem.

    1. Część z tych gier była tylko na dyskietkach (Maniac Mansion) a co do reszty to bardzo możliwe, że taka była specyfika akurat Twoich znajomych lub Twojej okolicy. Pamiętam po sobie, że wymieniając się kasetami i (później) dyskietkami, bazowało się na kilku źródłach, które również miały swoje preferencje i mniej lub bardziej ograniczony dostęp. Zupełnie inna sytuacja była, gdy kupowało się gry samemu, na giełdzie, z pełnym dostępem do całego portfolio tytułów. Wtedy przegapienie dobrej gry wiązało się jedynie z limitem w portfelu.

  2. Miałem swego czasu stację dyskietek, ale nie trafiłem na niej na ciekawe tytuły (najwidoczniej miałem dostęp do słabego źródła). Mimo to chyba jakiś niefart, bo zaczynałem przygodę z C64, gdy mieszkałem w małym mieście, a potem po przeprowadzce do większego miasta, gdzie pojawiło się więcej źródeł, to jakoś nie natrafiłem na kolosalnie lepsze tytuły. Potem, po nabyciu Amigi 600 w 1993 r., miałem jeszcze cały czas styczność z C64 do 1997 r., ale gry już nie były moje. Jak widać, środowisko i znajomi zawsze ograniczają, zawsze trzeba samemu szukać:) Przyszłość potem pokazała, że gdybym miał się ograniczać w kwestii muzyki, filmów i książek tylko do znajomych, to guzik bym poznał:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s