Ocean – The History: część I

Jedna z najważniejszych i najbardziej wpływowych europejskich marek lat 80 – Ocean, wydawca, deweloper, pionier w dziedzinie wprowadzania hollywoodzkich brandów na salony (choć uwzględniając ówczesny stan rzeczy bardziej pasowałoby – kurnej chaty) gier komputerowych. Wspominany przez jednych z rzewnym sentymentem (słusznie z wielu powodów), przez innych z odrazą i niechęcią (również słusznie, i również z tych samych powodów) doczekał się pasjonującej i przebogatej w unikalne materiały biografii.

oce1
Ocean The History, okładka książki

Ocean – The History, autorstwa Chrisa Wilkinsa i Rogera M. Keana, jest zapisem rozmów przeprowadzonych z twórcami legendarnej marki: Jonem Woodsem i Davidem Wardem oraz wieloma innymi członkami ekipy związanymi z Ocean na przestrzeni ponad 10 lat istnienia firmy. Zapisem specyficznym, bo usystematyzowanym w zgrabną, przyczynowo – skutkową historię – od inspiracji założycielskich po przejęcie przez Infogrames w ’96.

Od razu napomknę, że tą fabularyzację nie każdy zaakceptował. Spotkałem się z opiniami, że „za ładnie to brzmi” i czasami ma się wrażenie, że autorzy ubarwiają. Moim zdaniem – formuła jest idealna. Książka dedykowana jest fanom retro. Finansowana Kickstarterem, wydana w niewielu egzemplarzach (nieco ponad tysiąc) musiała być albo encyklopedycznym zapisem faktów, albo ukłonem w kierunku obozowego opowiadania historii „sprzed lat”. Ta książka opowiada. I robi to znakomicie. Snuje gawędę, splata wątki i wciąga do tego stopnia, że jesteś w stanie podjąć opowieść samemu, bez większego wysiłku, a fakty same wskakują na swoje miejsce. Taka jest siła narracji i cieszę się, że historia branży rozrywkowej otrzymała równie rozrywkową formę. Całość okraszona została absolutnie fantastycznymi reprodukcjami reklam, zdjęć i materiałów produkcyjnych, pozostaje więc tylko pochwalić i czekać na kolejne prace autorów. A że przygotowują materiał na temat US Gold oraz historii komputerów Spectrum, jest nadzieja, że dowiemy się o początkach naszej branży znacznie więcej.

Wróćmy jednak do Ocean. Kto mnie trochę zna, ten wie że mam wobec nich mieszane uczucia. Pierwszym odruchem jest szczera niechęć. Wiele gier z początku lat 90 było zwykłym, pozbawionym wyobraźni skokiem na kasę i jedynym powodem ich zapamiętania było uczucie dojmującego rozczarowania po kilku minutach rozgrywki. Rozdźwięk pomiędzy atrakcyjnym tytułem a zabawą był zbyt duży, a trick powtórzył się w zbyt wiele razy, żebym miał im wybaczyć. Z drugiej strony dałbym się pokroić za Head over Heels, Robocopa 3 i Lost Patrol – gry tak wybitne i oryginalne, że trudno bardziej. Skąd taki rozrzut jakości? Cóż, znalazłem w biografii sporo odpowiedzi i trochę inaczej patrzę na nieistniejącego już giganta. Wiem jedno – na pewno nie można odmówić im wizjonerskiej postawy i profesjonalizmu w biznesie.

Chciałbym dzisiaj przypomnieć produkcje przynależne jednemu tylko profilowi Ocean – międzynarodowej organizacji mającej doskonałe kontakty w Hollywood, której dostarczano scenariusze megahitów pokroju Robocop czy Jurassic Park zanim jeszcze ustawiono kamery i usłyszano pierwszy klaps; której przedstawiciele byli na „ty” ze wszystkimi liczącymi się aktorami i reżyserami. Wybrałem tytuły dobrze mi znane, większość z nich mam szczęście posiadać w wersji oryginalnej. Tym łatwiej będzie mi przypomnieć, co takiego decydowało o sukcesie firmy z Manchester.

Platoon

oce3
Platoon, okładka gry, C-64, dysk

W roku ’87 Ocean zagwarantował sobie pierwsze poważne, międzynarodowe prawa do hitu. Wybór padł na Platoon, produkcję filmową która rok wcześniej szturmem zdobyła kina na całym świecie. Krok odważny, ale nie aż tak bardzo ryzykowny jakby się mogło zdawać. Zakup licencji do gier w tamtych czasach zamykał się w kwotach kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Tyle co nic. Hollywood miał dopiero zrozumieć, jak bardzo opłacalna stanie się współpraca z rozwijającą się branżą komputerową. Ostatecznie nie tylko powstała doskonała gra, ale Ocean sublicencjonował prawa dalej, zarabiając podwójnie na konwersjach na konsole (NES). Od tego czasu datuje się wzrost zainteresowania branży filmowej grami a Ocean stał się równorzędnym partnerem dla gigantów z Los Angeles.

Zzap!64 z lutego ’88 poświęcił Platoonowi aż trzy strony i nie szczędził pochwał. Ocena na poziomie 94% gwarantowała, że grę kupią wszyscy świadomi posiadacze C-64. Faktycznie trudno było o lepszy wybór. Połączenie gry zręcznościowej z przygodą, wprowadzenie czytelnej linii fabularnej i aż 4 różne poziomy robiły kolosalne wrażenie. Tym bardziej, że gra ukazała się również w wersji kasetowej (niestety z uciążliwym multiload’em). Sam pamiętam wyjątkowo mocne wrażenia, jakie miałem przemierzając kilometry tuneli VietCongu – wszystko w trybie FPP, z zacięciem arcade i wygodnym sterowaniem. Podobnie w przypadku poziomu z obroną przyczółka – nerwy cały czas napięte, pełna koncentracja. Oba modele gameplaya zostały później wykorzystane wielokrotnie w innych produkcjach. Widok FPP pojawił się w Hostages, obrona fortu w Lost Patrol. Nawet ratowanie zakładnika wracało nie raz w niezmienionej formie (pamiętne sceny z Robocopa). Nie ma co ukrywać. Platoon to inspirująca gra, pełna emocji i dobrego pacingu.

Robocop

oce2
Robocop, reklama gry

Niedługo po sukcesie Platoon, do Garyego Braceya, odpowiedzialnego za pozyskiwanie brandów i relacje z studiami filmowymi przekazany został skrypt Robocopa. Bracey natychmiast zaklepał wszystkie prawa, przekonany że ma w ręce mega hit. Nie mylił się. Robocop stał się fenomenem, a gra opatrzona szyldem Ocean utrzymywała się przez cały następny rok w topie najlepiej sprzedających się produkcji na komputery domowe.

Jakby tego było mało, po raz pierwszy chyba w historii gier komputerowych powstała konwersja na automaty arcade oraz pinballe. To wiele znaczący precedens, nobilitujący zarówno Ocean jak i całą branżę. W tamtych latach arcade i pinballe były elitą, podczas gdy gry na mikrokomputery co najwyżej nieudolnie próbowały podpiąć się pod sukces starszych braci. Prawa do arcadeowego Robocopa zostały odsprzedane Data East. Japończycy nie zmarnowali potencjału i stworzyli doskonałą zręcznościówkę, w którą grałem jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej na dworcu w Legnicy. Nie było to może najbardziej bezpieczne hobby (serio mówię), ale i tak zaglądałem tam kiedy tylko mogłem. Wyłącznie z powodu Robocopa.

Ciekawostką jest fakt, że Ocean umieścił trzydziestosekundową reklamę gry na VHS z filmem. Wydarzenie trudne do przecenienia, zważywszy na skalę popularności obrazu. Bardzo szybko ponad milion kopii komputerowego Robocopa znalazło swoich właścicieli. Autorzy twierdzą nawet, że była to pierwsza tak doskonale sprzedająca się produkcja na mikrokomputery, ale niestety nie mam potwierdzenia z innych źródeł. Jeśli ktoś z Was ma informacje potwierdzające lub zaprzeczające – proszę o komentarz.

The Untouchables

oce4
The Untouchables, okładka gry, NES

Nie znam posiadacza C-64, który nie rozpoznał by tej produkcji po zobaczeniu jednego screena. Doskonały temat walki ze zorganizowaną przestępczością na granicy amerykańsko – kanadyjskiej w czasach prohibicji. Gra odtwarza fabułę filmu w sposób wyjątkowo udany. Każdy etap posiada unikalny gameplay i znakomitą, stylizowaną grafikę. Po raz pierwszy właśnie w Untouchables zrozumiałem jak dobrze mogą wyglądać gry 8-bit na domowe maszyny, jeśli tylko stoi za nimi ogarnięty i zmotywowany zespół. Nawet Zzap!64 dał jej 96% (grudzień ’89) co stanowiło niemałe wyróżnienie.

Untouchables to unikalna gra, łącząca eksplorację (ultrapłynny scrolling we wszystkie strony nawet na słynącym z chropowatości Amstradzie CPC) ze scenami przypominającymi późniejsze celowniczki Segi czy Namco, zwłaszcza Time Crisis (chowanie się za przeszkodami). Również i tutaj pojawia się motyw uwolnienia zakładnika znany z Robocopa i Platoon, ale Untouchables idzie dalej i wprowadza strzelanie ze snajperki (luneta) oraz widok rodem z GTA (top-down run-and-gun) gdzie musimy likwidować mafiosów i nie dopuścić do zabicia dziecka w toczącym się po stromych schodach wózku. Trzeba przyznać, że z produkcji na produkcję Ocean podnosił poprzeczkę wykonania i skomplikowania gameplaya i wyznaczał w tym zakresie bardzo wysokie standardy dla konkurencji.

Na dzisiaj wystarczy. I tak post rozrósł się ponad normę. Następnym razem poświęcę trochę uwagi drugiemu obliczu Ocean – firmy stawiającej na oryginalnych, czasami wręcz szalonych twórców pokroju Jona Ritmana czy Jon Hare. To zdecydowanie inny Ocean, odważny i ryzykowny, ale przecież właśnie dlatego zapisał się wielkimi zgłoskami w historii europejskich gier.

Część druga historii Ocean i ich najsłynniejszych gier już jest. Kliknij tutaj.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Ocean – The History: część I

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s