Ocean – The History: część IV czyli Contra, Green Beret i chwila z kung-fu

Niniejszy wpis miał kończyć serię poświęconą Ocean – legendarnemu wydawcy, który wyniósł europejskie gry do poziomu światowego i zapoczątkował model biznesu opartego na intensywnym wykorzystaniu brandów (filmowych i sportowych).

ocIV1
Ocean, logo w kontekście Daley Thompson’s Decathlon, reklama

Miał kończyć, ale nie kończy. Zabrakło miejsca. Po napisaniu 6 stron bitego tekstu musiałem wrócić do początku i bezlitośnie wszystko podzielić. Z tego też powodu dzisiaj wyłącznie o współpracy z Konami (następnym razem rozprawię się z Taito). Zainteresowani znajdą poprzednie wpisy tutaj: pierwszy, drugi i trzeci. Dodam, że naprawdę warto rzucić na nie okiem, bo w całości budują bardzo kompletny i szalenie interesujący obraz angielskiego potentata branży gier lat 80 i 90.

Do rzeczy – zalążki współpracy z japońskim deweloperem datuje się na rok ’84. Zważywszy, że był to ścisły początek działalności Ocean, kontrakt z Konami i wydanie w tym samym roku Track’n’Field na rynku europejskim należy uznać za dowód totalnego profesjonalizmu i umiejętności negocjacyjnych Anglików. Gra ukazała się pod zmienioną nazwą Daley Thompson’s Decathlon i odniosła ogromny sukces komercyjny i krytyczny. Ocean już wtedy był świadomy potęgi znanych marek. Wykorzystanie w tytule nazwiska bardzo popularnego w latach ’80-’84 lekkoatlety było doskonałym chwytem marketingowym.

Z Decathlonem w Polsce jest dość ciekawa sytuacja. Wśród posiadaczy małego Atari krążyła (piracka oczywiście) wersja dziesięcioboju, nazywana przez wszystkich Decathlon. Do dzisiaj wielu myli ten produkt z tytułem Ocean, nie bez powodu zresztą, bo gry były bardzo podobne. Niemniej TO NIE SĄ te same gry. Hit na Atari XL/XE nazywał się w oryginale The Activision Decathlon, a jego reedycja z roku ’84 (wydana w Anglii przez Firebird) już tylko Decathlon. Jedyne co łączyło obie produkcje to tematyka i statystki zdewastowanych w czasie grania joysticków. To ostatnie wynikające ze specyficznego (i szalenie wyczerpującego dla gracza i sprzętu) sterowania.

Ale dość podsumowania. Czas na najbardziej zasłużone gry z portfolio Konami, które trafiły na komputery domowe za sprawą Ocean. W całej historii współpracy było tego aż 7 tytułów (same hity), wybrałem jednak te, które z jakiś powodów namieszały na rynku gier video.

Gryzor

ocIV2
Gryzor, okładka, C-64

Z przekory wymieniłem w nagłówku tą właśnie nazwę zamiast bardziej oczywistej – Contra. Na mocy umowy z Konami, Ocean wydał europejską edycję pod zmienionym brandem i, jak to Ocean, od razu na wszystkie popularne maszyny 8-bit (bez Atari XL/XE). Konami musiało jednak uznać, że zamieszania z nazwami jest za mało i wypuściło własną wersję PAL na NES-a pod jeszcze innym tytułem – Probotector. Nie przeszkodziło to jednak, aby właściciele Pegasusa (jakby nie było klona NES-a) znali już wyłącznie Contrę.

Ufff, wiem że to koszmarna poznawcza piguła do przełknięcia, ale piszę o tym z powodu totalnego kultu, jakim w naszym kraju obrosło to akurat dzieło Japończyków. Kultu, dodam, wykreowanego głownie przez pegasusowców, bo mimo wielu zalet, gry na mikrokomputery były po prostu kolejnymi dobrymi tytułami wśród dziesiątków innych. Żaden szał.

Contra to doskonały przykład, czym różniły się (i nadal różnią) gry coin-up od pozostałych typów gier video. W salonach arcade od zarania dziejów liczy się tylko gameplay i nie ma czasu ani miejsca na rozwlekłe historie, cut-sceny i moralne wybory. W związku z tym o ile właśnie gameplay, sterowanie i grafika Contry są na absolutnie mistrzowskim poziomie, o tyle fabuła potraktowana została w sposób iście kuriozalny. Głowny przeciwnik – organizacja o nazwie Red Falcon – raz jest grupą terrorystyczną, kiedy indziej (wersja US) organizacją militarną kosmicznych najeźdźców. To samo w temacie miejsca akcji – co wersja to inna lokalizacja. Nawet imiona bohaterskich komandosów były wymyślane od nowa na użytek różnych rynków. Po co? A czemu nie, skoro nie miało to znaczenia w żadnym miejscu w rozgrywce i nie przekładało się na dochody?

Contra ma jeszcze jedną cechę, która umyka jeśli nie patrzy się na nią z perspektywy dewelopera. Otóż sposób sterowania komandosem jest ABSOLUTNIE precyzyjny i wygodny, mimo konieczności biegania, skakania i strzelania we wszystkich kierunkach. I to na zwykłym arcade-sticku! Model ten został później rozwinięty przez grupę stojącą za Gunforce (IREM) oraz Metal Slug (ci sami ludzie, ale już w SNK). Śmiem twierdzić, że w dziedzinie sterowania w obrębie gier arcade typu run-and-gun, wymienione tytuły nie mają sobie równych. Dla porządku dorzuciłbym jeszcze co najwyżej Robotron 2084 i to zamknęłoby listę.

Green Beret

ocIV3
Green Beret, reklama

Ten wpis jest ukłonem w stronę posiadaczy Atari XL/XE. Atarynka miała niewiele gier typu run’n’gun a już na pewno niewiele DOBRYCH gier tego typu. Grę wybitną, a za taką uważam Green Beret, należy więc odpowiednio wyróżnić i celebrować.

Klasycznie już mamy do czynienia z zamieszaniem w tytułach. Oryginał arcade zwał się Rush’n’Attack i jako komandos Zielonych Beretów miałeś na zadanie odbić kolegów z rosyjskiej niewoli (gra znaczeń: tytuł można interpretować jako „biegnij i atakuj” lub „bij ruskich”). Muszę przyznać, że wersje na Atari i ZX Spectrum są wyjątkowo dobrze przeportowane. Płynny scrolling, świetny beat (Atari), duże postacie, ekstremalnie precyzyjne sterowanie i kolizje. Obowiązkowy tytuł jeśli chodzi o te platformy. Niestety obie bledną przy wersji C-64, z muzyką Martina Galwaya, jeszcze lepszą grafiką i genialnym loading screenem. Ocean miał naprawdę świetnych specjalistów od sprzętu Commodore.

Wspomnę jeszcze, bo to ciekawe z perspektywy technologicznych ograniczeń maszyn z tamtych lat, że pewnym kuriozum jest port na Amstrada CPC. Tak się składa, że amstradowy Green Beret wygląda zdecydowanie najlepiej ze wszystkich i bije na głowę nawet wersję C-64. Co z tego, skoro czar pryska z chwilą rozpoczęcia akcji. Nie dość, że wszystko się ślimaczy, to na dodatek gra jest KOMNATÓWKĄ. Przejścia między ekranami próbują (nieudolnie) symulować scrolling, ale realnie pauzują tylko całą akcję. To trzeba zobaczyć na własne oczy! Nie wiem co przyświecało twórcom, chyba tylko świadomość, że gracze w tamtym okresie podejmowali decyzje zakupowe na podstawie statycznych screenów. Dzisiaj by to nie przeszło.

Tak zupełnie przy okazji: jeśli dobrze poszukacie na eBay-u (a czasem i na Allegro), kupicie wersję kasetową na małe Atari za cenę od 5-15 zł z przesyłką. Bardzo dobra inwestycja.

Ye Air Kung Fu

ocIV4
Yie Ar Kung-Fu, okładka, kaseta, C-64

Trudno w to uwierzyć, ale przed rokiem 1984 gatunek beat’em’up praktycznie nie istniał. Pewne zmiany w świadomości graczy (i twórców) dokonały się wraz z wydaniem przez japońskie Data East gry o nazwie Karate Champ. Symulacja walki karateków już następnego roku została przeniesiona na komputery domowe przez dwa wielkie studia tamtej dekady: Melbourne House i System 3. Obie produkcje były niezależne (przynajmniej tak twierdzą zainteresowane strony) i absolutnie autorskie. Co prawda Data East poczuło się urażone i poszło na noże (a właściwie na prawników), niemniej sytuacja została szybko zażegnana i wygłodniali posiadacze 8-bitowców otrzymali odpowiednio: The Way of Exploding Fist (Melbourne House) i International Karate (System 3).

Powiedzieć, że tłum oszalał byłoby niedomówieniem. Nagle wszyscy chcieli bić się jeden-na-jednego. Konami nie mogło przepuścić takiej okazji i zrobiło to po swojemu – w stylu arcade i od razu łamiąc wszystkie dotychczasowe ograniczenia. Świat otrzymał Yie Ar Kung Fu (’85) w wraz z nim – zamiast jednego wojownika – kilku (w tym kobieta!), zamiast jednego stylu walki – kilka (w tym za pomocą broni). Akcja nabrała charakteru przygody, wojownicy nabrali charakteru w ogóle; zostały stworzone wszystkie warunki, aby dwa lata później Capcom mógł uderzyć Street Fighterem (tym pierwszym, mało dzisiaj znanym). Słowem – rewolucja.

Tą rewolucję mogliśmy podziwiać na ekranach naszych mikrokomputerów dzięki Ocean, oczywiście. Wydając Yie Ar Kung Fu pod szyldem Imagine kolejny raz podnieśli poprzeczkę innym europejskim wydawcom i jeszcze wyraźniej oddalili się od peletonu. Trzeba też przyznać, że porty gier Konami były po prostu bardzo dobre, niekiedy wręcz genialne. Udało mi się kilka miesięcy temu kupić wszystkie wspomniane bijatyki w wersji na Amstrada CPC i, co mocno mnie zdziwiło, nawet na tej wyjątkowo nie rozpieszczanej przez programistów maszynie gra się doskonale. A to dolny próg jakości w porównaniu z takim C-64.

O Konami i Ocean na dzisiaj dość. Pozostaje jeszcze policzyć się z Taito, ale to już przy innej okazji.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Ocean – The History: część IV czyli Contra, Green Beret i chwila z kung-fu

  1. Malusie sprostowanie odnośnie YRKF 😉 Kobiety były dwie Star i Fan. Jeśli chodzi o OCEAN faktem niezaprzeczalnym jest, że na sam widok logo człowiek wiedział że ma do czynienia z hitem.

    Europejska wersja arcade Contry też zwała się Gryzor (czy Ocean też miał prawa do dystrybucji arcade ?)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s