Dizzy inaczej (część II)

W pierwszym odcinku poświęconym Dizzy’emu opisałem dwie z pięciu minigier wypuszczonych przez Codemasters w latach ’87 – ’91. Przeważająca większość (z wyjątkiem Panic Dizzy, o którym za chwilę) została stworzona przez braci Oliver i stanowi przykład nie tylko doskonałego opanowania warsztatu programistycznego, ale przede wszystkim projektowego. Wbrew temu, co można by sądzić, w przypadku głównej serii udział rodzeństwa w produkcji był znacznie mniejszy. Co prawda trzy pierwsze części wyszły spod ich ręki, ale pod kolejnymi podpisywał się już Big Red Software a w przypadku Crystal Kingdom Dizzy w ogóle nie znalazłem dewelopera. Tym samym najbardziej znane produkcje na konsole i komputery 16-bit były wyłącznie duchowymi spadkobiercami oryginalnej myśli bliźniaków.

fandiz
Fantastic Dizzy, ekran startowy, Sega Mega Drive

Nie wiem też, co myśleć o przekonaniu braci Oliver, powielanym zresztą przez recenzentów Retrogamera (być może nieświadomie), że Dizzy zapoczątkował nurt gier adventure opartych na bogatej grafice, noszeniu przedmiotów i rozwiązywaniu prostych łamigłówek, wzbogaconych o elementy zręcznościowe i platformowe. Otóż rok przed ukazaniem się pierwszego Dizzy’ego mogliśmy zagrać w Three Weeks in Paradise z dokładnie taką samą strukturą gameplaya, nie wspominając o fakcie, iż Paradise był kontynuacją Pyjamaramy z roku ’84. Tak czy owak, sporo tu wątpliwości.

Nie zmienia to faktu, że wszystkie gry z Dizzym są zaskakująco przyjemne i grywalne. Mój znajomy Marek, również zaangażowany retro-gracz, opowiadał mi historię jak jakiś czas temu zasiadł do Fantastic Adventures of Dizzy (Sega Mega Drive) ze swoją córką i oboje byli zachwyceni. Do tego stopnia, że na ścianie w pokoju małej pojawił się plakat z bohaterem serii. Nie potrafiłbym chyba lepiej zachęcić do zapoznania się z przygodami Dizzy’ego, tymczasem wracam jednak do mojej historii o spin-off’ach.

Kwik Snax

kwisna
Kwik Snax, okładka, ZX Spectrum

Gra w założeniach miała być kontynuacją opisanego w poprzednim odcinku Fast Food. Dizzy biega po ekranie, unika burzowych chmurek i innych przeszkadzajek, przesuwa klocki i zbiera wziątki. Tym razem twórcy postawili na zdrową żywność i zamiast hamburgerów i chemicznych napojów mamy owoce. Plansz jest sporo, wszystkie obliczone na minutę rozgrywki, tempo jak na automatach. Dynamikę skutecznie podkreśla muzyka na którą jest tylko jedno określenie: fe-no-me-nal-na! Nie dość że wpada w ucho, to jest jej całkiem sporo jak na projekt budżetowy. Zresztą, nigdzie tej budżetowości nie widać. Ekran tytułowy to mistrzostwo świata. Jajka grają na instrumentach, brodaty Grand Dizzy robi show na froncie (wypisz wymaluj ZZ Top), kolorowe ekrany wprowadzają w historię. Kwik Snax jest najlepszym przykładem, dlaczego produkcje Codemasters, a już w szczególności te spod ręki Oliver Twins można było kupować w ciemno.

W kwestii gameplaya widać ogromne inspiracje Pengo (przesuwanie klocków i miażdzenie nimi przeciwników) oraz Pac-Manem z jego zbieraniem rozsypanych po labiryncie przedmiotów, ale równie dobrze mógłbym się dopatrzyć Dig-Dug czy nawet całego nurtu gier do którego należy Robbo. Mimo to nie jestem w stanie wskazać gry skonstruowanej dokładnie tak jak Kwik Snax. Cały problem polega na tym, że gdzieś z tyłu głowy kołacze mi się myśl, że taka gra istnieje. Być może na automatach, trudno powiedzieć. Jeśli ktoś pomoże mi rozwiać wątpliwości czy mamy do czynienia z oryginalną koncepcją czy z klonem – będę wdzięczny. W każdym razie wikipedia i inne źródła milczą.

 

Panic Dizzy

pandiz
Panic Dizzy, okładka, ZX Spectrum

Jeśli któryś z opisywanych przeze mnie spin-off’ów Dizzego zasługuje na miano szybko zrobionej mini-gry, to będzie to Panic Dizzy. Jeden ekran, jeden układ, kilka ruchomych obiektów, to wszystko. Tetris jest równie ambitny pod względem ilości grafiki i animacji. I nieco zbliżony pomysłem.

Na dole ekranu znajduje się taśma z otworami różnych kształtów. Z góry, z czterech podajników spadają klocki. Dizzy stoi pośrodku maszynerii i steruje taśmą. Zadanie jest banalne – klocki muszą spaść do pojemników pod taśmą, trzeba więc tak ją przesuwać, aby spasować otwory do kształtów. Byłoby to trywialne gdyby nie ilość klocków, szybkość ich poruszania i ograniczenia czasowe. Jeśli pamiętacie Wilka i Zająca od ELEKTRONIKA, to natychmiast zrozumiecie, gdzie tu wyzwanie. Tak czy owak gra wciąga wystarczająco, żeby poświęcić jej chwilę czasu. Na ekranie startowym – bonus – całoekranowa reklama innych gier Codemasters. Jak widać nawet wydawca traktował Panic Dizzy bardziej jako narzędzie marketingowe aniżeli poważny tytuł w portfolio.

 

Dizzy Down the Rapids

DDtheRap
Dizzy Down the Rapids, okładka, ZX Spectrum

Na początku ciekawostka – jajko pojawiło się w Down the Rapids dopiero na zaawansowanym etapie produkcji, wcześniej miał to być inny projekt a sam pomysł nie pochodził od braci Oliver. Na szczęście dla gry zdecydowano o zmianie bohatera. Patrząc na pociesznego stwora w beczce płynącej bezwładnie w dół rwącej rzeki nie sposób się nie uśmiechnąć. Dizzy steruje dość narowistym pojazdem, czego wcale nie ułatwiają przepływające krokodyle, żarłoczne ważki i inni amatorzy kąpieli w drewnianych baliach. Dużym zaskoczeniem jest możliwość używania czegoś na kształt miotacza kulek. Nie mam pojęcia co to jest i nie chce nawet myśleć, że książę jajecznej krainy mógłby strzelać małymi jajkami. Dość powiedzieć, że jest to chyba jedyny moment w całej sadze o Dizzym, kiedy ten posługuje się bronią.

Dizzy Down the Rapids bardzo przypomina inne gry Codemasters z serii Simulator, jest przy tym sterowalny i grywalny, a co najbardziej zaskakujące – budzi skojarzenia z River Raid. Pamiętacie: zakres ruchu ograniczony korytem rzeki, przesuwający się w poziomie przeciwnicy, których można zestrzelić, zwężenia, rozgałęzienia, przyspieszanie i zwalnianie pojazdu. Aż się chce wierzyć, że hit Activision był dla twórców inspiracją. Całości domyka sympatyczna oprawa graficzna i jak zwykle doskonały ekran startowy. W dniu premiery mieliśmy co prawda już rok ’91 i możliwości ZX Spectrum rozpracowano w każdą stronę, ale i tak cieszą rozwiązania przypominające dobre dema (scrolowany napis z efektami kolorystycznymi) i świetna muzyka.

Z punktu widzenia retro-gracza Dizzy ma ogromną przewagę nad konkurencją. Jest prosty i świetnie wykonany, a tym samym łatwo przymknąć oko na rok produkcji i po prostu dobrze się bawić. Dla mnie jednak najważniejsza jest fenomenalna muzyka, która buduje niezwykły nastrój sesji growej rodem z PRL. Wystarczy zgasić światło, uruchomić grę i dać się zaczarować. Genialne uczucie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s