Bruce Lee

Marka US Gold kojarzy mi się jednoznacznie pozytywnie. Wydawca zasłużył się portami amerykańskich i japońskich produkcji pokroju Gauntlet, Beach-Head, Zorro, Raid over Moscow, Zaxxon i szeregu innych znakomitości. Pomysł na biznes był czytelny – wyszukać co bardziej obiecujące gry zza oceanu i konwertować je na europejskie rynki i europejskie platformy sprzętowe. Bruce Lee, o którym dzisiaj chcę napisać wprowadzał jednak pewien nieporządek w czytelny skądinąd podział obowiązków. Oryginalnie wydany w roku 1983 przez DataSoft doczekał się reedycji US Gold również na stricte amerykańskie maszyny – Atari XL i C64.

59-BL_Speccy1
Bruce Lee, ekran startowy, ZX Spectrum

Ale niuanse wydawnicze na bok, w sumie z dzisiejszej perspektywy mogą one interesować jedynie fetyszystów historii. Co innego sama gra. Jak to powiedział mój znajomy, uradowany widokiem Bruce Lee odpalonego na komodorku – Tożeś mi chłopie sprawił niespodziankę! Wyjątkowe przeżycie – patrzeć jak ktoś, kto wcześniej grał w to może raz czy dwa, przechodzi komnatę za komnatą by w końcu odłożyć joystick z wyraźnym i radosnym – Wcale nie była taka trudna!

Fakt, nie była, miała jednak tą przypadłość, że nawet skończona zmuszała do powrotu i zaczynania przygody od nowa. Zastanawiałem się nad tym swego czasu i doszedłem do wniosku, że Bruce Lee jest dokładnym odpowiednikiem dzisiejszych platformerów indie, gdzie stylowa, ale często też szczątkowa grafika idzie ręka w rękę z precyzyjnym, wygodnym sterowaniem i swobodą pozwalającą na wykonanie dowolnej akrobacji w dowolnym miejscu. Przyzwyczajony do ograniczeń typu – „na drabinie się nie walczy”, „poruszanie się postaci musi być ślamazarne”, „ciąg przeszkód nie pozwala na masterowanie kombinacji ruchów” (bo go zwyczajnie nie ma), „tryb walki i tryb eksploracji wymaga niewygodnego przełączania” i tym podobnych rozwiązań z lamusa komputerowych standardów z pierwszej połowy lat 80 – przyzwyczajony otóż do nich biegałem po platformach Bruce Lee z dziką, choć nieuświadamianą do końca przyjemnością, zbierałem lampiony i spuszczałem łomot wiecznie odradzającym się, irytującym, ale przecież pociesznie urozmaicającym zabawę postaciom czarnego Ninja i Zielonego Yamo. Ileż oni mieli charakteru w tych swoich 10/10 pikselach! Czysta doskonałość.

59-BL_Atari1
Bruce Lee, gameplay, Atari XL/XE

Ważną częścią sukcesu gry stanowiło odwołanie do popularnej ikony tamtych lat – postaci mistrza walki i legendy kina. Dzieciaki, nawet w naszej strefie czasowej były pod wielkim wpływem Bruce Lee: z plakatami, udawanymi pojedynkami i motywacją do treningów w lokalnych klubach sportowych. Akurat panowała również moda w dewelopmencie na wyraziste i dające się lubić postacie. Wally Week od Mikro-Gen, górnik Willy, kret Monty, było tego trochę, że wspomnę tylko o scenie angielskiej. Bruce Lee szedł dalej, bohatera nie trzeba było przedstawiać a sama przygoda miała sens daleko wykraczający poza pokonywanie kolejnych komnat. Gdzieś tam, jak czytamy w instrukcji, znajduje się forteca złego czarnoksiężnika. Bruce ma trudne zadanie, bo strażnicy są niepokonani (a przynajmniej nieśmiertelni) a pułapki mnożą się z każdym kolejnym pomieszczeniem. Zabawne w tym wszystkim, że portretujący zazwyczaj altruistyczne postacie Bruce Lee w samej grze okazuje się chciwym łobuzem, marzącym jedynie o wzbogaceniu się kosztem maga. Nawet nie przychodzi mu do głowy stanąć do finałowej konfrontacji. Do skarbca dostaje się unikając pocisków demonicznego władcy zamku, który chyba tylko z rozpaczy ulega destrukcj podczas gdy Bruce Lee otwiera ostatnie drzwi.

Gra stała się fenomenem jeszcze z jednego powodu – idealnie mieszała konwencje. Motyw zbierania latarni aby otworzyć ukryte przejścia to stała formuła znana z arcadeowych gier pokroju Chuckie Egg. Platformy, drabiny, winorośla i inne składowe terenu również nawiązują do standardowych rozwiązań arcade, ale dają nieporównanie więcej swobody w sposobie ukończenia zadań. W tym wszystkim bryluje system walki – prosty ale wciągająca, wymagający timingu i pilnowania odległości a przy tym kontroli przestrzeni w sytuacjach gdy obaj przeciwnicy: Yamo i Ninja mają nas na celowniku. Zabawy przy tym co niemiara, satysfakcji także, choć od czasu do czasu zdarza się jakaś pomyłka i dostajemy bęcki, co zresztą bardzo orzeźwia gameplay i powoduje, że trudno o nudę i rutynę.

59-BL_Speccy2
Bruce Lee, gameplay, ZX Spectrum

I kolejne mistrzostwo – feedback z działań gracza, szczególnie biorąc pod uwagę jak kiepskie były wzorce w tamtym okresie. Ciosy kończą się sugestywną animacją upadków, każdy ruch joystickiem zostaje precyzyjnie oddany na ekranie. Jeśli giniemy to bez wyjątku z naszej osobistej winy. No i finalna nagroda – cała komnata z błyszczącymi stosami złota! Po Bruce Lee porównywalne wrażenie zrobiła na mnie jedynie ekranizacja Hobbita, to znaczy moment kiedy Bilbo trafia do skarbca Smauga. Sami zresztą sprawdźcie, bo to spora ciekawostka w historii gier.

Jedyna rzecz, której nigdy nie zweryfikowałem (zawsze wkręcałem się w przygodę i zapominałem o tej możliwości) – to kooperacja na dwie osoby. Jeden gracz steruje Bruce Lee, drugi Zielonym Yamo. Już sam pomysł brzmi świetnie i coś mi mówi, że muszę wyciągnąć atarynę i wreszcie to ogarnąć. I jakoś nie sądzę, żebym miał problemy ze znalezieniem drugiego chętnego do zabawy.

PS W Świecie Młodych pojawiła się ongiś gra planszowa inspirowana produkcją DataSoft. Jakieś straszne zamieszanie zapanowało względem tego kto w końcu ją opracował i komu należą się gratulacje, zwłaszcza że ni z tego ni z owego wyszła też wersja pudełkowa. Dzisiaj już chyba tylko 3 osoby na świecie wiedzą o co chodziło i kto miał rację, niemniej doskonale pamiętam, że gra została bardzo dobrze przyjęta. Acha, przy okazji planszówki Bruce Lee miał do wykonania bardziej szlachetnie zadanie niż sprzątnięcie złota gospodarzowi fortecy…

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Bruce Lee

  1. Skan Świata Młodych jest do znalezienia w necie, pierwotna wersja była nieporównanie lepsza od tej, która potem wyszła w boxie.

    A co do multiplayera: o ile pamiętam, na Atari wtedy Bruce Lee dostawał więcej żyć, gdyż autor słusznie zakładał, że drugi człek będzie dla niego większym utrudnieniem niż ludzik sterowany przez komputer. Dzięki temu można było ustawić grę na dwóch i grać samodzielnie korzystając z większej liczby żyć – ważne było tylko, aby co jakiś czas ruszyć drugim joyem, gdyż w przypadku braku sterowania grubasem komputer szybko się orientował, że oszukujemy i przełączał się z powrotem na singla.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s