Blinky’s Scary School

Z polskiej, niezupełnie normalnej perspektywy końca lat 80-tych Zeppelin Games był dla małego Atari tym czym Rare dla Nintendo. Kiedy pojawiała się nowa gra, nikt nie wybrzydzał na klimat, gatunek czy nawet gameplay. Kupowało się w ciemno (na giełdzie oczywiście) i wielką troską o jakość nagrania zasuwało do domu tuląc zdobycz do piersi. Skąd te emocje? Powodów było wiele, o większości do znudzenia przypominam zresztą na łamach myheadisretro, ale jeśli miałbym sięgnąć do najgłębszych pokładów growej świadomości atarowca znalazłbym tam najszczerszą i najbardziej pierwotną radość obcowania ze sztuką. Sztuką prymitywną, fakt, ale jednak sztuką. Idąc głębiej z analizą: 70% zachwytu wynikało z muzyki Adama Gilmore’a, 25% wywoływała grafika i ogólnie pojętą estetyka wizualiów, 5% stanowił gameplay. Ten ostatni czasami znakomity (Draconus), czasami fatalny (Ninja Commando), czasem po prostu nijaki (Jocky Wilson’s Darts Challenge), zawsze jednak zamknięty w ścianach symbolicznych pięciu procent, podczas gdy audio-wideo absorbowało pozostałą część uwagi.

62-Blinky cover
Blinky’s Scary School, okładka, Atari XL/XE

Nie chciałbym aby to, co napisałem o jakości rozgrywki zostało policzone jako zarzut wobec Zeppelinów. Ich produkcje nie miały sobie równych i stanowiły niedościgły wzór dla ówczesnej, dynamicznie przecież działającej polskiej sceny deweloperskiej. Szkoda, że na palcach jednej ręki można policzyć rodzime tytuły trochę choćby zbliżające się do jakości oferowanej przez brytyjskiego wydawcę. Utnę jednak ten wątek zanim popadnę w niepotrzebne dygresje i malkontenctwo i podsumuję następująco: gry Zeppelin Games to pierwsza liga atarowskiego grania i najważniejsze studio tworzące w Europie w drugiej połowie lat 80. Nawet jeśli produkowali tytuły budżetowe (czytaj: szybkie i tanie), to przywracali wiarę w możliwości sprzętu i dawali nam choćby cień tych wrażeń, które były udziałem posiadaczy C64. A tego – wierzcie lub nie – nie dało się przecenić.

Atari, wbrew narzucającym się sugestiom, nie było ani jedyną, ani nawet priorytetową platformą dla Anglików. Założona w 1987 roku firma ma na koncie ponad 350 wydanych tytułów, zdążyła zmienić po drodze właścicieli (kilka razy) oraz nazwę (raz). Obecnie specjalizuje się w produkcji gier samochodowych pod marką Eutechnyx. Nie jest pierwszą ligą, być może nawet nie drugą, ale rok po roku pozyskuje kolejne marki tworząc w oparciu o NASCAR, Formułę 1, Ferrari, po cichu i bez rozgłosu. Zresztą na sławie nigdy chyba im na nim nie zależało. Anglicy od początku celowali w gry tanie, masowe i budżetowe. Większość z tego co pamiętamy i wspominamy z sentymentem sprzedawali po 1,99 lub 2,99 funta a recenzje w prasie branżowej nigdy nie przekraczały kilku skromnych akapitów w działach dla masówek. Jak to się stało, że przy tak biznesowym podejściu i nastawieniu na zysk nie odwrócili się od rynku martwej platformy jakim było małe Atari – nie wiem. Nigdzie na ten temat nie ma wzmianki. Być może był to kaprys założyciela, Briana Joblinga, który osobiście programował na ataraka. Brian to zresztą fascynująca postać posiadająca dar znajdowania wyjątkowo utalentowanych ludzi do zespołu. Jestem ciekaw, czy zdaje sobie sprawę z kultowości swojej marki sprzed lat oraz szczególnego miejsca w pamięci posiadaczy Atari 8-bit.

62-Blinky XE
Blinky’s Scary School, gameplay, Atari XL/XE

Blinky’s Scary School (1990) o której chcę dzisiaj napisać nie przyczyniła się jakoś znacznie do powiększania tej reputacji, ale na pewno w znacznym stopniu ją gruntowała. Rzecz dotyczy przygody sympatycznego Blinkiego wysłanego w misji przywrócenia zamkowi Drumtrochie odpowiednio dusznej atmosfery. Od 100 lat żaden niematerialny nie może pojawić się w posiadłości stanowiącej niegdyś jedno z lepszych miejsc do straszenia. Stary lord okazał się bowiem człowiekiem postępowym i uznał obecność duchów za niewskazaną. Umieścił więc pułapki, dał wolną łapę gryzoniom i pająkom, jednym słowem złamał pradawną zasadę, iż każdy zamek nawiedzany być musi niejako z urzędu. Takie jawne urąganie powadze instytucji straszenia jest niedopuszczalne i pora to wreszcie naprawić.

Fabuła jest marna, jak zresztą większość pretekstowych historii z tamtego okresu, ważne jednak, że utrzymuje wspólny kurs z oprawą graficzną i rozgrywką. Blinky, zgodnie z sugestią zawartą w imieniu ma wielkie, pocieszne i wiecznie mrugające oczy, przez co idealnie kłóci się z jakąkolwiek ideą strachu, a wręcz budzi instynkty opiekuńcze. Szczególnie śmiesznie to wygląda kiedy trafia do nieoświetlonych pomieszczeń. Para przestraszonych oczu mrugających w mroku to widok niezapomniany. Drugą zapadającą w pamięć sprawą są toalety. Kanalizacja zamku to system teleportacyjny. Wystarczy posiadać rolkę papieru toaletowego, otworzyć klapę i…

62-Blinky C64
Blinky’s Scary School, gameplay, C64

Cel gry – wprowadzenie obecnego właściciela posiadłości w stan niewysłowionej grozy osiągamy przerywając mu drzemkę za pomocą wielkiego staroświeckiego budzika. Najpierw musimy jednak maszynę zlokalizować, co daje asumpt to zwiedzania przepastnego labiryntu komnat i korytarzy. Esencją rozgrywki jest zbieranie fantów i umieszczanie ich w magicznych kociołkach dzięki czemu otwierają się dalsze sekcje zamku. Całość utrzymana jest w konwencji gry komnatowej i kto grał w Draconusa ten bez problemu odnajdzie się w sterowaniu i logice. Jest nawet zamiana w pływającego Blinkiego niezbędna do eksploracji obszarów zalanych. Wszystko jest dość kompaktowe, łatwe do opanowania i nie na tyle rozbudowane, żeby nie ukończyć gry w jeden wieczór.

Prosty gameplay i niezbyt oryginalna konstrukcja pomagają w nieskrępowanym podziwianiu elegancji grafiki i projektów poziomów. Wszystko jest schludne, dopracowane, animacja bardzo szybka. Aż dziw ile można było stworzyć ciekawych przestrzeni za pomocą kilku predefiniowanych klocków. Muzyka zachwyca jeszcze bardziej. Adam Gilmore, największy skarb atarowców, stworzył wyjątkową mieszankę radosnych i jednocześnie niepokojących dźwięków i choćby z tego powodu warto mieć Blinkiego w kolekcji. Co ciekawe, spośród wszystkich wersji na komputery 8-bit atarowska muzyka brzmi najlepiej, najpełniej i po prostu jest nie do podrobienia.

Jeśli już mowa o różnicach wersji, najwięcej grałem na swoim małym Atari, więc wiadomo gdzie pozostał sentyment. Mimo to już wtedy byłem w stanie zauważyć, że pozostałe platformy oferowały znacznie więcej w aspekcie wizualnym. Mieliśmy, jako atarowcy, przekonanie o tym że C64 i Atari 8-bit mają porównywalne możliwości graficzne (ileż wojen o to poszło w szkole), patrząc jednak na Blinkiego nie dało się utrzymać tej koncepcji. Nawet port na ZX Spectrum był zdecydowanie bardziej kolorowy, a jakości obiektów wyższa. Prawdę mówiąc to wielki fenomen, że i dzisiaj próbuje się utrzymywać mit o dominacji grafiki Atari nad C64 przy wszystkich dowodach na jego nieprawdziwość. Pomijając jednak te dywagacje, które obchodzą może z pięć osób w kraju – mimo upływu 25 lat Blinky’s Scary School broni się znakomicie, daje sporo zabawy i budzi (głównie muzyką) niesamowitą nostalgię. Klasyk.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Blinky’s Scary School

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s