Axelay bez sentymentu

Powiedzieć, że Super Nintendo Entertainment System był towarem luksusowym na growej scenie pierwszej połowy lat 90 w Polsce, to aż za duża uprzejmość. Tych kilku szczęśliwców, którym los zgotował niespotykane na skalę kraju przeżycia można policzyć bez konieczności włączania kalkulatora, a i w ich przypadku nie jestem pewien czy sam dostęp do maszyny nie niósł więcej zgryzoty niż przyjemności. Oryginalne kartridże kosztowały prawie tyle co sam sprzęt, oficjalnej dystrybucji nie było, wujek z Niemiec przyjeżdżał nie tak znów często a nawet i on nie miał kieszeni bez dna, lokalne piractwo ograniczało się do Pegasusa i komputerów, prasa ignorowała (trudno było nie ignorować, jak się nie znało). Jednym słowem padaczka.

64-Axelay_cover
Axelay, SNES, cover art

Pamiętam moje pierwsze spotkania ze SNESem przypadające na rok 1995, czyli zmierzch Amigi i początek rewolucji 3D. Skąd wzięły się te sprzęty w sklepach komputerowych na Świdnickiej we Wrocławiu, nie mam pojęcia. Mimo iż PC’ty rządziły na całej szerokości rynku, ktoś najwidoczniej uznał, że da się to sprzedać. Powodzenia – chciałoby się rzec. Koszt zakupu gier odstraszał nawet maniaków. Zdecydowanie bardziej sensowną inwestycją był Game Boy dystrybuowany przez Lucas Toys. Gry na małych cartach warte były majątek, ale sprzedawcy zawsze mieli pod ręką zgrabne chińskie składanki, w porównywalnej cenie, zawierające jednak po kilkadziesiąt hitów. SNES pozostawał w takiej sytuacji wyłącznie obiektem codziennej pielgrzymki, ot tak, żeby pooglądać Donkey Kong Country i inne obłędnie wyglądające tytuły o jakości arcade. Dla starego amigowca było to przedłużenie odchodzącej w niepamięć ery i dość rozpaczliwe, chociaż cieszące oko i ucho antidotum na atakującą z każdego kąta grafikę trójwymiarową.

Leczenie się z sentymentu i braku spełnienia w temacie SNES’a rozpocząłem dobre 12 lat temu i powoli dochodzę do wniosku, że to najbezpieczniejsza konsola do pokazywania młodszemu pokoleniu. Gry są ładne i w większości dobrze zaprojektowane. Klasyczne gameplaye nie nastręczają trudności w zrozumieniu, sterowanie z konieczności jest banalne a ilość znakomitych i wciąż grywalnych produkcji idzie w dziesiątki, jeśli nie setki. Kiedy tylko trafia mi się przyjmować gościa z małoletnim potomkiem, zawsze zabawa zaczyna się od wypróbowania Game Boyów, konsol Segi i wcześniejszego Nintendo aż w końcu przenosi się na SNES’a gdzie już pozostaje. Przypadek? Skądże. Można kochać TurboGrafx 16 za shmup’y, SEGĘ za klasyczne arcade i Amigę za bycie Amigą, ale SNES jest produktem tak masowym i tak przystępnym, że nie dziwią mnie ani wyniki sprzedaży ani poważny status wśród retro-graczy.

Piszę o tym wszystkim, bo wreszcie udało mi się zapuścić na nieco już pożółkłej ze staroci konsoli grę Axelay – legendarnego, obrośniętego totalnym kultem shoot’em up’a od Konami. Ilość pochwał, recenzji i wysokich pozycji w rankingach “shmup’ów wszechczasów” zbudowała we mnie jakieś kosmiczne oczekiwania wobec tytułu, co zazwyczaj nie wróży niczego dobrego, bo staję się krytyczny ponad miarę, a nawet złośliwy. A tu proszę. Axelay po prostu jest taki jak piszą – świetny. Nie genialny, daleko mu do tego, ale świetny jak najbardziej, zwłaszcza gdy oceniamy przez pryzmat maszyny na której powstał i jej ograniczeń.

64-Axelay_horizontal
Axelay, SNES, gameplay

W te ograniczenia, o których z zawziętością godną lepszej sprawy spazmatycznie dyszy brać stojąca po stronie Segi Genesis, jakoś nie bardzo chce mi się wierzyć. Że procesor za wolny, że przez to akcja nie tak szybka, ilość obiektów za mała, spowolnienia, cięcia, małość. Jeśli się weźmie SNES’owego Super R-Type i chwilę pogra, to faktycznie, wszystkie objawy występują w nadmiarze, ale co to za argument, skoro obok stoi Axelay z grafiką kilka razy bardziej zaawansowaną, dziesiątkami obiektów, błyskawicznymi transformacjami w Mode 7, kilkoma przenikającymi się planami i to na dodatek częściowo animowanymi. Akcji jest momentami aż za dużo a wszystko śmiga i nawet się nie spoci. Raz tylko lekko zamuliłem system z premedytacją unikając starcia i mnożąc przeciwników na scenie. Uzyskałem mniej więcej ten sam efekt co w Super R-Type gdy na ekranie nie ma żadnego sprite’a oprócz statku gracza. Krótko mówiąc – albo się potrafiło na SNES’a pisać gry, albo się pisało głupie wytłumaczenia, które najwidoczniej przeszły do oficjalnego obiegu argumentów w wojnie konsol.

Recenzji Axelay jest na sieci setki, więc szkoda się powtarzać o tym czym ta gra jest i jakie ma cechy. Dużo ciekawsze jest porównanie projektu z amigowymi osiągnięciami tamtych lat i tu z bólem stwierdzam, że trudno będzie znaleźć coś co wygląda i działa równie spektakularnie na moim ulubionym komputerze domowym. Wielcy, animowani bossowie, zawinięte na walcu tła w Mode 7, zakrzywiona perspektywa, dwa tryby (Axelay jest zarówno pionowym jak i horyzontalnym shooterem i w obu wersjach wygląda obłędnie), design poziomów, w nieskończoność można wyliczać pozytywy. Zwłaszcza design – pomysłowy, wykorzystujący nie tylko układy przeciwników ale też przeszkody terenowe. Tych ostatnich nigdy nie lubiłem i tytuły pokroju Salamander (też Konami) zwyczajnie mnie denerwują koniecznością niszczenia czegoś co ani nie oddaje ognia, ani nie wygląda na niebezpieczne. To jak odbijanie piłeczki tenisowej od ściany w porównaniu do morderczego pojedynku w squasha. Axelay dość rozrzutnie gospodaruje terenowymi szykanami, ale robi to tak umiejętnie, że kto wie, może się w końcu przekonam, iż nie sama idea jest głupia, tylko niewielu potrafi ją poprawnie wcielić w życie.

64-Axelay_vertical
Axelay, SNES, gameplay

Na Amidzę znajduję tylko dwie gry mogące stanąć w szranki z Axelay (chodzi o oryginalne produkcje). Pierwszy to oczywiście Apidya, z powodów o których za chwilę. Drugi to Project X, za równie pomysłowe układy i ciągłą, morderczą akcję. Apidya zawsze jednak będzie na miejscu pierwszym, bo skala przedsięwzięcia, odwaga w projektowaniu poziomów, genialni bossowie i dopracowanie wzorców zachowań to poziom światowy. SNES’owy Axelay wygląda co prawda świeżej (256 kolorów kontra 32), bogaciej (dwa tryby gameplaya, swobodne przełączanie broni różnego zastosowania i ich mocne związanie z układem poziomów) ale w dziedzinie muzyki przegrywa na całej linii i to jest chyba moje największe zaskoczenie w kontekście czołobitnych recenzji z którymi, chcąc nie chcąc, zetknąłem się zanim sam zasiadłem do gry.

Za muzyką Axelay stoi Taro Kudo, wsławiony chociażby oprawą do Castlevanii IV. Będę bardzo delikatny i nie powiem co naprawdę sądzę o tych soundtrackach. Wystarczy, że w porównaniu do osiągnięć na wpół amatorskich muzyków z Europy, wyżywających się w grach za 1/100 budżetu Capcomu czy Konami, brzmią jak miauczenie kota. Trzeba było być Amerykaninem nie mającym pojęcia o tym co działo się w komputerowej muzyce elektronicznej na uwolnionej deweloperskiej scenie komputerów domowych, żeby uznać to za arcydzieło. Chyba, że arcydzieło w usypianiu. Tracki do Axelay pasują idealnie jako oprawa do ckliwych jRPG’ów i tam ich miejsce. Taki Alister Brimble (Project X) czy Chris Huelsbeck (Apidya) z totalną wirtuozerią pompują krew rave’owymi i technicznymi arcydziełami, które rewelacyjnie zgrywają się z akcją i tematem gier do których są napisane. Kudo najwidoczniej nie zrozumiał zadania, albo nie wiedział że na świecie muzyka do gier wyszła już poza ograniczone prymitywnym sprzętem próby imitacji branży filmowej (czytaj: ilustracja w tle) i zaczęła stanowić wartość samą w sobie. Różnice kulturowe biją w uszy aż boli. Teraz rozumiem, dlaczego WipEout został udźwiękowiony w Anglii. Zwyczajnie nie było innej opcji.

Zostawiając jednak ten kontrowersyjny temat na boku, trudno o lepszy tytuł dla początkującego retro-amatora SNES’a. Gra się świetnie, poziom trudności ważono z wielkim wyczuciem, jakość wciąż robi wrażenie i wiele mówi o możliwościach sprzętów tamtego okresu. No i cena przystępna, bo można Axelaya dostać poniżej 100 PLN z przesyłką, co przy obecnym parciu kolekcjonerów na uzupełnianie zbiorów wcale nie jest taką błahą sprawą. Polecam z całego serca.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Axelay bez sentymentu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s