Porządki w kasetach: Atari XL

Gdy świat był młodszy o trzy dekady, życie gracza w Polsce przepełniała troska o sprzęt. Przeważnie ten, którego się nie posiadało. Znajomość giełdowych cen ZX Spectrum czy Atari stanowiło podstawowe wykształcenie, nadające marzeniom pozór rzeczywistości, w myśl zasady, że dobry plan stanowi połowę sukcesu (czyli: najpierw zdobyć te 90,000 PLN a później już będzie z górki). Same gry budziły mniej emocji i miało tak pozostać długo jeszcze po Okrągłym Stole a nawet pamiętnej ustawie o prawie autorskim. Doskonale pamiętam te kilka głosów w rodzimej prasie, nieśmiałych jeszcze, które prostemu ludowi objawiały jak to w cywilizowanych rejonach globu zakup komputera otwiera dopiero listę wydatków na oprogramowanie i to wydatków znacznie przewyższających koszt maszyny. Mało to jednak kogokolwiek obchodziło, bo brakowało odniesienia do rzeczywistości. Prawdę mówiąc nasza postawa względem tego co jest drogie i pożądane a co łatwe do nabycia była diametralnie różna od postulowanej, a z psychoneurologicznego punktu widzenia jej lokacja w centralnym układzie nerwowym mieściła się gdzieś w okolicach rdzenia kręgowego, tuż obok funkcji oddychania i reakcji na oparzenie. Znaczy – niepoddająca się modyfikacji.

Konsekwencją takiego stanu rzeczy była niska świadomość okoliczności w jakich gry były wydawane i sprzedawane na świecie. Prasa komputerowa wypełniała lukę wynikającą z braku instrukcji czy wprowadzenia fabularnego, będąc przy tym kreatywną ponad miarę (nieistniejące wersje gier, zmyślone fabuły, mętne i wynikające z niewiedzy sugestie jak grać). To jednak wystarczało. Przyzwyczailiśmy się do odkrywania gier po swojemu, rozgryzania sterowania a nawet nadawania sensu temu co robiliśmy według ulubionych filmów czy książek. Przyznaję, że czasem brakuje mi tej nuty tajemnicy w przypadku gier nowych, o których wiem wszystko na długo przed premierą.

Tajemnice z tamtych lat mają to do siebie, że trudno odmówić im trwałości. Tym samym wciąż pasjonuje mnie odkrywanie nieznanej strony tego w co grałem 30 a nawet 20 lat temu. Przykładowo: oryginalna kaseta na Atari XL (moją pierwszą maszynę o której mogłem powiedzieć, że była naprawdę moja) sama w sobie stanowi wartość przekraczającą walor rynkowy. Za około 5-10 PLN można kupić sprawną i dobrze zachowaną taśmę z oryginalną instrukcją i względnie nieporysowanym pudełkiem. Nic tylko zbierać. Od kilku już lat dokładam do kolekcji kolejne tytuły, ciesząc się przy tym jak dziecko z każdego udanego zakupu. W tym (i kolejnym) wpisie chciałbym pokazać kilka z tych bardziej interesujących. Dziękuję też Wojtkowi, który był tak uprzejmy i wykonał zdjęcia porządną lustrzanką. Dzięki niemu na screenach są faktyczne tytuły z kolekcji.

Bruce Lee

Bruce Lee
Bruce Lee, kaseta, Atari XL/XE

O grze pisałem obszernie w jednym ze starszych wpisów, ale podsumowując pokrótce: klasyczny tytuł na małe Atari, bez którego nie wyobrażam sobie żadnego zestawienia hitów z lat ’80. Udana mieszanka akcji, przygody, pokonywania przeszkód terenowych oraz typowego dla tamtych lat zbieractwa. Samo wydanie jest nieco mniej spektakularne niż gra, chociaż trudno powiedzieć czego mu brakuje. Na pewno jakość druku odbija się na ostatecznej ocenie (wydawcę: US Gold stać było na lepszą drukarnię). Nie zawodzi za to ilość kreatywnej zawartości. Cel gry i wprowadzenie do przygody opisane są sprawnie i zachęcają do uruchomienia; zasady rozgrywki wyjaśniono zwięźle i czytelnie. No i najbardziej zaskakujące: jakość sygnału jest znakomita, co może wynikać tylko z dobrej jakości użytej taśmy oraz profesjonalnej maszyny nagrywającej. Nie wymaga ustawiania głowicy, mimo 31 lat na karku.

Boulder Dash IV

Boulder Dash
Boulder Dash IV Construction Kit, kaseta, Atari XL/XE

Czwarta odsłona przygód Rockforda to przykrywka do wydania edytora plansz, będącego pełnoprawnym narzędziem tworzenia niezależnych gier. Peter Liepa pełnił w projekcie funkcje minimalne, sprowadzające się do korekcji błędów, ale to nie przeszkadza, bo całość bazuje na oryginalnym kodzie i jest po prostu znakomita. Jeśli programy narzędziowe na Atari XL przypominały zazwyczaj koszmar senny, tutaj widać duże zrozumienie zasad tworzenia wygodnego interfejsu i praca z edytorem dostarcza masę dobrej zabawy. Projektujemy plansze, zapisujemy je na kasecie w takiej kolejności w jakiej nam pasuje i ustalamy ile ekranów ma zostać załadowane do pamięci przy odczycie (maksymalnie 64). Całość dopełnia profesjonalnie ułożona instrukcja (logika, układ tekstu), wydrukowana na grubym papierze wypełniającym pudełko do poziomu rozepchania. Edytor Boulder Dash nie jest może tak prosty jak sama gra, ale próg wejścia w przypadku posiadania oryginalnej instrukcji dramatycznie maleje, co jest kolejnym dowodem na to, że wiele traciliśmy bawiąc się pirackimi kopiami.

Chimera

Chimera
Chimera, kaseta, Atari XL/XE

Gra przeciętna (właściwie słaba) a jednocześnie znana i obdarzana sporą estymą wśród atarowców. Wyjaśnienie takiego stanu rzeczy wymaga cofnięcia się do roku 1984, kiedy to na ZX Spectrum pojawił się Knight Lore i stworzył nowy gatunek izometrycznych gier przygodowo-zręcznościowych. Od tamtego czasu co kilka miesięcy ukazywał się nowy tytuł eksperymentujący z konwencją: Alien 8, Gunfright, Fairlight, Sweevo’s World, długo by wymieniać. Ważne jest jedno – ukazywały się, ale nie na Atari XL. Chimera od Firebird (1985) była wyjątkiem. Co z tego że nie przyniosła ze sobą ani dobrych łamigłówek, ani wykonania, ani nawet oryginalności (podobieństwo stylistyczne do Alien 8 było zastraszające), ważne że była na Atari i każdy musiał ją mieć. Teraz mam i ja i cieszę się bo to kawałek historii, nawet jeśli to historia niegrywalna przez niewygodne sterowanie i ślamazarność akcji. Instrukcja nie wnosi wiele, wyjaśnia na szczęście po co lecimy statkiem i dlaczego próbujemy go zniszczyć. Gdybym wiedział w latach ’80 to co teraz wiem na temat akcji, być może uparłbym się i Chimerę skończył, a tak podchodziłem do tematu wiele razy i tyle samo razy rezygnowałem zniechęcony nudą i niezrozumiałym zadaniem głównym. Dzisiaj wolę grać w wersję z roku 2015, też na małe Atari, ale wzorowaną na porcie z C64, szybszą i ładniejszą.

Gauntlet

Gauntlet
Gauntlet, kaseta, Atari XL/XE

Atari + magnetofon + Gauntlet to męczarnia jakich mało, ale tylko jeśli pozbawieni jesteśmy perspektywy z lat ’80. Nigdy nie zapomnę, jak grałem z siostrą i nie mogliśmy się nadziwić ze istnieją tak doskonałe gry: bogate, pełne akcji, z niesamowitym klimatem, fantastycznym ekranem startowym, wyborem postaci, czarami, no wszystkim tym czego brakowało konkurencji. Doładowywanie kolejnych plansz z kasety dodawało tylko tajemniczości całemu przedsięwzięciu, bo i cóż to za tytuł który nie mieści się na raz do pamięci? Tak jakby na Atari XL uruchomić grę z bardziej zaawansowanego komputera. Oryginalną wersję na Atarynkę zdobyłem bardzo późno, znacznie później niż na inne platformy. Na dodatek to reedycja (label Kixx) w małym pudełku zamiast w imponującym jewel case w którym US Gold wypuścił pierwsze serie. Niemniej wydanie i tak robi świetne wrażenie. Ogromna instrukcja, gruby papier, czytelne ikony, znakomicie dobrane czcionki. Samo oglądanie wkładki daje potężną dawkę dobrej emocji. Taśma niestety nieco się zestarzała i wymaga dostrojenia głowicy, wczytuje się jednak i nie sprawia problemu, co w przypadku Gauntleta jest rzadkością. To nie był tytuł, który trzymało się na półce.

Thrust

Thrust
Thrust, kaseta, Atari XL/XE

Nie wiem, naprawdę nie wiem co napisać o Thrust. Moje osobiste odczucia względem projektu Firebird’u są jak najbardziej negatywne. Przez takie gry cierpiałem, kiedy cały świat grał w zaawansowane przygody a ja zmuszony byłem odpalać na Atarynce tytuły z korzeniami sięgającymi końca lat ’70. Szarobura grafika tła (o ile to jest faktycznie tło a nie jakiś glitch), wektorowy trójkącik imitujący statek, trochę fizyki (tu przyznaję – całkiem niezłej) i zadanie podniesienia wektorowego kółka pod ostrzałem prowadzonym przez wektorowe kwadraty z wystającymi kreskami (instrukcja sugeruje, że to działa obrony przeciwlotniczej). Thrust miał znakomite recenzje w chwili wydania (Zzap! dał mu aż 94%), bywał regularnie na listach przebojów i jest do dzisiaj uważany za interesujący i dobrze sprzedający się tytuł w portfolio wydawcy. Powiem tylko tyle – Firebird, wstydźcie się! Mogliście uszczęśliwić atarowców chociażby takim Ole! a sprzedaliście nam jeszcze jedną wariację na temat tego co korporacja Atari wstawiała do salonów gier na początku dekady. Interesująca w tym wszystkim jest wyłącznie wkładka, z listą projektów na rok 1986 na różne platformy (ledwo 3 na XL, po kilkanaście na pozostałe mikro) oraz zaproszenie do klubu wysyłkowego Silver Club. Panowie! Po Thruście mogę co najwyżej przyłączyć się do protestów przed waszym biurem!

Tyle na pierwszy ogień. W kolejnym wpisie kilka równie klasycznych produkcji na XL/XE, w tym ponadczasowy Ninja i Rogue. Nie obejdzie się też bez muzyki Roba Hubbarda i sporej dawki szybkiego scrollingu i strzelania. Co jak co, ale do tego Atari nadawało się znakomicie.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Porządki w kasetach: Atari XL

  1. Atari – komputer mało mi znany.
    Raz tylko na nim grałem na jakimś pokazie komputerowym za komuny na saskiej kępie w klubie Orion.
    Była to gra Lode Runner – zagrałem i do dziś pamiętam…szło mi całkiem dobrze (grałem chyba z pół godziny bez straty ludzika) i grałem tak na Atari 800XL.
    Niezapomniane jedyne chwile z firmą Atari 🙂
    Potem już miałem tylko styczność wzrokową 🙂 z Atari ST – podglądałem jak na giełdzie komputerowej w szkole na placu grzybowskim jakiś koleś pogrywał w Barbarian.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s