Finalne porządki w zbiorach Atari XL/XE

Porządków w zbiorach ciąg dalszy. W ostatnim wpisie wspomniałem o kilku kasetach na Atari XL/XE, z których zdobycia jestem szczególnie zadowolony. To żadne białe kruki, nic co byłoby warte więcej niż parę złotych, ale jaka drzemie w nich wartość emocjonalna! Trudno to opisać. Produkcje przygotowane na dzisiaj pochodzą w większości ze stajni Mastertronic. Ciekawa sprawa, ale soft na małe Atari da się precyzyjnie przypisać do konkretnego okresu w historii po samym pudełku czy nawet nośniku. Porty tytułów coin-op, tych ze złotego wieku arcade, wydawane były z zasady na kartridżach. Korporacja Atari miała z taką dystrybucją najwięcej doświadczeń i w przeciwieństwie do Commodore uznawała kartridż za najbardziej naturalny sposób dostarczania gier na rynek, co też niestety mocno ten rynek limitowało (znacznie wyższe ceny).

Tuż po kryzysie i podziale firmy inicjatywa przeszła do Europy, gdzie z kolei dominowała taśma magnetofonowa i produkcje ultra-budżetowe po 2-3 funty. Jednak stosunkowo mała popularność XL/XE w Anglii nie zachęcała do inwestycji w ten segment rynku i tylko najwięksi mogli pozwolić sobie na ryzyko. Tym samym przez pewien czas rządziły kolosy: Mastertronic i Firebird, a lukę po ich wycofaniu (przełom lat ’87 i ’88) wypełnił Zeppelin, za którym podążyli wydawcy z Polski. Zaskakujące jest, że właśnie te ostatnie projekty mają dzisiaj najwyższe ceny wśród kasetowych wydań, ale możliwe, że po prostu taka jest cena nostalgii – większość polskich graczy pamięta późne lata małego Atari i tam też się kończą podróże sentymentalne.

W przeciwieństwie do takiego Mastertornic i nakładów rzędu kilkaset tysięcy sztuk, późniejsi wydawcy sprzedawali swoje gry w znacznie mniejszych wolumenach. Draconus albo Zybex trafia się na Ebay wyjątkowo rzadko, podczas gdy One Man and His Droid (Mastertronic) atakuje na każdej aukcji. Mnie akurat najbardziej pociągają wydania dyskietkowe z początków lat osiemdziesiątych, szczególnie tekstówki i RPG. Żeby była jasność – nie mam na dzień dzisiejszy ani sztuki w posiadaniu. Są zbyt drogie, a przy tym dyskietki odchodzą na emeryturę znacznie wcześniej od taśm. Niemniej z punktu widzenia historyka (instrukcja, gadżety, dodatki) to czyste złoto. Ale dość o marzeniach, zobaczmy co takiego ostatnio skatalogowałem.

Ninja

Ninja
Ninja, kaseta, Atari XL/XE

Jest w tym coś intensywnie znaczącego, że jednym z najlepszych, najchętniej wspominanych projektów na małe Atari jest budżetowa gra bez większych ambicji. 21 ekranów ułożonych w piramidę, 3 typy przeciwników (realnie dwa, bo Karateka i Thug z punktu widzenia gracza nie różnią się niczym prócz grafiki), 7 figurek do zebrania, jeden motyw muzyczny, kilka ciosów. Do legendy przeszło też ascetyczne zakończenie – mrugający ekran i mały napis “the end” wyświetlony na dolnej belce. Był rok 1986 i System 3 pracował już intensywnie nad epickim The Last Ninja na C64, ale atarowcy do końca życia swojej maszyny mieli nie zobaczyć niczego lepszego od projektu Mastertronic.

W sumie nie wiem czy to aż tak źle. Wspomniany The Last Ninja mocno się zestarzał a sterowanie denerwuje przy próbie odświeżenia megahitu. Z kolei skromny Ninja od Mastertronic jak był uzależniająco grywalny, tak pozostał. Wydanie kasetowe również cieszy oko – świetna grafika na okładce, żywe kolory, znakomicie prezentujące się zrzuty ekranów na ostatniej stronie. Przyczepić się można jedynie do fabuły. Ta jest najmniej atrakcyjna ze wszystkich wersji na komputery domowe. Pisałem już o tym szerzej w starszym wpisie, ale przypomnę: księżniczka Di-Di, zwana Perłą Orientu została porwana do Perłowego Pałacu. Przy okazji zgubiła też siedem bliżej nieokreślonych idoli, których odnalezienie udowodni twoją wartość. Nie ma sensu? Niestety żadnego, również w kontekście tego co sugerują teksty w samej grze. Ktokolwiek to pisał, nawet nie pofatygował się uruchomić programu.

Pofatygowali się za to wcześniejsi użytkownicy mojej wersji. Wielokrotnie. Z przykrością stwierdzam, że to najbardziej zużyta i kapryśna ze wszystkich gier na Atari w mojej kolekcji. Czasem trzeba mocno walczyć z ustawianiem głowicy. Nie pomaga też ilość obrotów – aż 250 na standardowym liczniku magnetofonu (250 momentów w których coś może pójść nie tak). Historycznie mało która gra na tą platformę (oczywiście w wersji kasetowej) pozwalała sobie na takie objętości (Kissin’ Kousins przychodzi mi jeszcze na myśl). Pewną rekompensatą dla tych niedogodności jest muzyka Roba Hubbarda, znakomita i wpadająca w ucho.

Kikstart

Kikstart
Kikstart, kaseta, Atari XL/XE

Kolejna po Ninja gra wyprodukowana dla Mastertronic przez amerykańskie studio Sculptured Software, ale dla odmiany wydana w labelu 199 Range zamiast w Entertainment USA. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest najprawdopodobniej fakt, że oryginalny projekt wyszedł spod ręki Shauna Southerna (bardzo znany twórca: Trailblazer, Super Cars i Lotus) a tym samym może się poszczycić ściśle angielskim rodowodem. Kwestia w jakim labelu Mastertronic wydało konkretną grę ma spore znaczenie. Wkładki z 199 Range mają dość przykrą właściwość – miejsca gięcia papieru są perforowane. Może sprawdzało się to przy szybkim pakowaniu budżetowych gier, ale dzisiaj trzeba szalenie uważać, by szwy nie puściły. Prawdę mówiąc trudno znaleźć kopie, które nie mają porozdzieranych instrukcji.

Mało inspirująca jest też ostatnia strona (ta widoczna bez otwierania pudełka) sprowadzająca się do ogryzka z informacjami o cenie oraz krótkiego opisu gameplaya, który przez wzgląd na sposób formatowania łatwo pomylić z danymi adresowymi wydawcy. Sama kaseta z kolei miast typowej naklejki posiada trwały nadruk na plastiku i to akurat trzeba zaliczyć na duży plus. Oczywiście pozostaje kwestia jakości gry. Tutaj bez większych niespodzianek – Kikstart to kolejny klasyk na małe Atari, polegający na pokonywaniu przeszkód terenowym motocyklem, gdzie szybkość poruszania i balansowanie maszyną decydują o sukcesie. O tym, że gatunek jest ponadczasowy i wciąż święci tryumfy świadczą wyniki sprzedaży Trials HD na Xbox 360. W latach osiemdziesiątych koncepcja działała równie skutecznie i Kikstart sprzedał się znakomicie, co zaowocowało kontynuacją (niestety już nie na XL/XE).

Rogue

Rogue
Rogue, kaseta, Atari XL/XE

Projekt pochodzący z roku 1980, mający swoje korzenie na uniwersyteckich maszynach pracujących pod Unixem. Absolutny kamień milowy w dziedzinie mojego ukochanego gatunku Role Playing i ojciec wszystkich proceduralnie tworzonych światów i podziemi. Długo utrzymywaną zasadą i znakiem charakterystycznym większości kontynuacji i klonów była wierność względem sposobu prezentacji graficznej – sprowadzającej się do stosowania systemowych znaków (głownie liter) na oznaczenie przeciwników, przedmiotów oraz ścian labiryntu. Wersja Mastertronic jest znacznie młodsza. Dlaczego wydawcom zajęło aż 8 długich lat na przeniesienie tej rewelacyjnie pasującej do platfrom 8-bit gry, trudno ocenić, ale stało się i w 1988 posiadacze Atari XL/XE mogli zagrać w Rogue przystosowane do wymogów rynku masowego – czyli w wersji na kasety magnetofonowe.

Nie obyło się bez niespodzianki: zamiast systemowego zestawu znaków ASCII – pełnoprawna (chociaż skromna) grafika, zamiast obsługi z klawiatury – kontrola joystickiem. Instrukcja jest zwięzła, ale zaskakująco przydatna. Jej konstrukcja pasuje zresztą do struktury gry – nie ma wielu szczegółów, ale jest wszystko co potrzebne by grać i resztę poznać w praktyce. Rogue od Mastertronic nie jest jedyną produkcją tego typu na platformie, ale jest tą oficjalną (wydawca zdobył zresztą prawa do wersji na wszystkie domowe komputery 8-bit tamtej epoki). Był to również znakomity prezent dla wszystkich posiadaczy małego Atari, których nie stać było na stację dysków i których dostęp do gier RPG ograniczał się do czytania z wypiekami na twarzy artykułów w prasie o Questronie czy innych Ultimach.

Panther

Panther
Panther, kaseta, Atari XL/XE

Współpraca Mastertronic z Sculptured Software zaowocowała jeszcze jednym projektem, który wspomina się wciąż z dużym sentymentem. Panther to skrzyżowanie Choplifter (znajdź i ewakuuj bezbronnych ludzi ze strefy wojny, nie daj się zestrzelić, wyeliminuj zagrożenie) oraz Zaxxon (izometryczne strzelanie do wszystkiego co wpadnie pod celownik). Skrzyżowanie udane z dwóch powodów. Pierwszy to bardzo płynny i szybki scrolling, precyzyjne sterowanie oraz szybka akcja, czyli trzy cechy o których często zapominano w produkcjach na komputery domowe w pogoni za fajerwerkami graficznymi.

Drugim powodem jest muzyka. David Whittaker kojarzony jest przeważnie ze sceną ZX Spectrum, ale na małym Atari wymienia się go na równi z Robem Hubbardem i Adamem Gilmore, całkowicie zasłużenie zresztą. W Panther zrobił fantastyczną robotę przygotowując utwór zapadający w pamięć i dodający jeszcze więcej dynamiki do całości. Dość powiedzieć, że trudno o zestawienie hitów z XL/XE z pominięciem tego kawałka. No i wreszcie kwestia instrukcji. Jak często bywa w przypadku prostych gier, wprowadzenie fabularne ma niemałe znacznie, zamieniając nieco bezsensowną strzelaninę w bohaterską wyprawę. Wkładka do Panther idealnie realizuje swoją misję. Teksty inspirują a ilustracja na pierwszej stronie jest po prostu świetna. Moja jedyna krytyczna uwaga dotyczy jakości screenów na ostatniej stronie. Ktoś ewidentnie nie miał serca do tej roboty.

Warhawk

War Hawk
Warhawk, kaseta, Atari XL/XE

Na koniec wpisu – mała zmiana. Miałem początkowo iść do końca tropem Mastertronic (znalazłoby się jeszcze kilka gier od tego wydawcy), ale nie mogłem oprzeć się pokusie pokazania tytułu, z którego jestem zadowolony bardziej niż bardzo. W Warhawk grałem stosunkowo rzadko, mimo iż to naprawdę przyzwoity shmup. Przyznaję jednak, że bardziej kusiły mnie przygody pokroju Draconus i Head Over Heels i uciekałem od gameplayu rodem z salonów. Nie o to jednak chodzi. Ilość czasu spędzonego na granie nie miała przełożenia na częstotliwość uruchamiania Warhawka. Wszystko za sprawą muzyki. Rob Hubbard stworzył na użytek gry motyw jak charakterystyczny, że mógłby z powodzeniem uchodzić za oficjalny hymn Atari XL/XE. Nie znam atarowca, który miałby problemy z rozpoznaniem tego utworu.

Firebird trudno posądzić o najlepszą ręką do projektów wydawanych na małe Atari a ich lineup wyglądał żenująco przy tym co produkowali na użytek innych micro, niemniej i tak dzielnie trzymali fason w momencie, gdy większość konkurencji z atarynki się wycofała. Wydanie Warhawk jest klasyczne – napakowana reklamami instrukcja o której można powiedzieć tylko tyle że jest, oraz zaskakująco atrakcyjna ilustracja na pierwszej stronie. We wcześniejszych latach firma miała tendencje do umieszczania na pudełku screenów z gier, w myśl misji – “my pokazujemy naprawdę to co sprzedajemy, zero ściemy”, ale był już rok 1986, spora konkurencja i czas było porzucić ideały na rzecz stabilności przychodów. Poza tym, dobra ilustracja zawsze stanowiła część przygody i asumpt do uruchomienia wyobraźni.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Finalne porządki w zbiorach Atari XL/XE

  1. „Historycznie mało która gra na tą platformę (oczywiście w wersji kasetowej) pozwalała sobie na takie objętości (Kissin’ Kousins przychodzi mi jeszcze na myśl)”
    Rekordziści, z tego co pamiętam, to Kennedy Approach (ponad 320 obrotów), Feud (ponad 300), Silent Service i Molecule Man (grubo ponad 200)- na XC12.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s