Atari Lynx – podróż w czasie

Prasa komputerowa połowy lat dziewięćdziesiątych zbudowała we mnie ogromną potrzebę posiadania dwóch konsol: Atari Jaguara i Atari Lynxa. Ależ miałem ciśnienie! Moja ukochana Amiga, wczoraj jeszcze nieskazitelna i pełna wigoru, po kilku latach zaczęła wykazywać wyraźne oznaki starzenia. Miłość wciąż była między nami, ale miłość dojrzała, stateczna. Namiętne ekscytacje ustąpiły miejsca wyrozumiałej sympatii; czułe szepty – pragmatyzmowi rachunków za prąd; zaskoczenia – wzruszeniom ramion. Magia nieodkrytego ulatniała się bezpowrotnie, a i zmarszczki, nie tak dawno dodające uroku, coraz dobitniej przypominały, że czasu nie da się odwrócić. W głębi duszy wiedziałem, że jedynym racjonalnym rozwiązaniem mało rozwojowej sytuacji (a lubię uważać się za osobę racjonalną, choćby wbrew faktom) było przeskoczenie na PC. Problemy były dwa. Pierwszy – pieniądze, ogromne jak na możliwości mojej rodziny, zresztą ogromne jak na możliwości większości rodzin w tamtych latach. Drugi – niechęć, prawdziwa, uczciwa niechęć do czegoś, co zostało zaprojektowane przez biznes dla biznesu i gdzie do gier dodawano “boss key” przełączający ruchem wytresowanego korpo-szczura ekran rozgrywki na arkusz Excella. Obłęd. Jak gracz, żyjący etosem gracza i kształtujący swoją tożsamość przez gry, miał w ogóle zaakceptować przesiadkę na coś tak ordynarnie niegrowego i tak ostentacyjnie gardzącego wszystkim co dla niego wartościowe? Gdyby nie Doom, ech, nie byłoby o czym rozmawiać…

69-Lynx2
Atari Lynx 2

Tymczasem gdzieś daleko, po drugiej stronie tęczy, kolorowe reklamy konsol Atari obiecywały alternatywę dla bezdusznego blaszanego pudła. Z rządzą posiadania Jaguara jeszcze jakoś sobie radziłem, mimo że Secret Service robił wszystko żeby doprowadzić mnie do wrzenia posługując się reklamami Raidena (do którego zresztą po dzień dzisiejszy mam potworną słabość). Z Lynxem było trudniej. Pal licho przenośność, kolorowy ekran, podświetlanie. Wystarczyło rzucić okiem na lśniące lakierem pudełko, na którym pysznił się ekran przedstawiający scenę wyjętą wprost z amigowego Wings i nogi uginały się pode mną. Wnętrze czerwonego dwupłata, Fokker na celowniku i ginąca gdzieś pod chmurami zielona równina. Fenomenalne! Wiedziałem, po prostu czułem to całym sobą, że następna gra w którą muszę zagrać, która jest mi najzwyczajniej w świecie pisana, to właśnie owo tajemnicze, nieznane z nazwy cudo. Jednak intuicja, jak miałem się boleśnie przekonać, to niestała i kapryśna partnerka. Mija właśnie 22 lata od tamtej chwili a ja wciąż nie zasiadłem za sterami wymarzonego myśliwca. Czas to zmienić.

Pierwszego Lynxa kupiłem w 2005 roku. Szmat czasu, jak się nad tym zastanowić. Już wtedy była to maszyna kolekcjonerska i taka pozostała do dzisiaj sądząc po nieco wygórowanych cenach jaką “kotki” osiągają na Allegro. Z eBay’em nie jest lepiej, chociaż tam przynajmniej jest wybór – albo używany sprzęt w cenie około 500 PLN albo dwukrotnie droższy leżak magazynowy w stanie mint. Dla każdego coś miłego. Z grami – różnie. Niektóre są stanowczo za drogie (cena nowego sprzętu), inne jak za darmo i w pudełkach (sporo zafoliowanych). Zainteresowanie sceny retro stale rośnie, głównie dlatego, że Lynx to przenośna Amiga – ambitna, potężna konsola mająca bardzo dużo charakteru a przy tym wymagająca od właściciela uwagi, starań i zasobnego portfela. Sama wymiana baterii co cztery godziny potrafi nieźle trzepnąć po kieszeni – i nie, nie uważam tego za wadę, raczej za zmysłową fanaberię. W końcu gdybym chciał grać tanio, dużo i bez emocji zainstalowałbym Steama, albo kupiłbym jakieś chrupki z kodami do softu na iOSa. Jest wiele sposobów żeby napchać żołądek, a ja jestem już wystarczająco stary, żeby wybierać te smaczne i sycące.

69-warbirds_splash
Warbirds, splash screen, Atari Lynx

Tak po prawdzie mój pierwszy kontakt z Lynxem nastąpił jeszcze w roku 1995, w okolicznościach, które można nazwać krępującymi. Dzisiaj po przykrych emocjach został jedynie ślad w pamięci i rozbawienie nieporadnością tamtego chłopaka, którym uparcie byłem mimo brawurowego zdania egzaminu maturalnego i jeszcze bardziej brawurowej przeprowadzki do metropolii wrocławskiej. W tamtej chwili nie było mi jednak do śmiechu. Wracałem z zajęć na stancję, pieszo, bo tylko tak mogłem sycić oczy witrynami kuszącymi blaskiem monitorów wszędobylskich PCtów. Jesień czyniła przygotowania do odstąpienia władzy nad miastem, chłód ponaglał marsz, a jednak dałem się skusić niezbyt starannie przywieszonej plakietce “komputery” zapraszającej przechodniów do zejścia z udeptanego szlaku i wstąpienia na ścieżkę prowadzącą w ciemny las betonu i okratowanych szyb gdzieś pod kładką w pobliżu placu 1 Maja (dzisiaj Jana Pawła).

Zazwyczaj unikałem takich pokus, bo i miejsce obce, i miasto wciąż nie swoje, a i wrażeń mi nie brakowało, o co systematycznie dbali właściciele szeregu sklepów na ryku robiących konkretne pieniądze na przyspieszonej informatyzacji narodu. Przemogłem się jednak i chwila nie minęła, kiedy wkraczałem do ciasnego lokalu pełnego elektronicznych rarytasów. Sklep ewidentnie promował gry, i to nie te najbardziej wówczas popularne – na PC z CD Romem. W oczy rzuciły mi się SNESy i Game Boy’e, a chwilę później, ku mojej wielkiej ekscytacji – Atar Lynx. Samo pudło robiło wrażenie – ogromne (przez porównanie do GB oczywiście), kolorowe i kłujące w oczy czerwonym dwupłatem. Nie jestem w stanie opisać wszystkich emocji jakie mnie wtedy ogarnęły, ale nawet gdybym potrafił to zrobić, nie wiem czy byłoby to stosowne i przyzwoite. Zapragnąłem go całym sercem i z wrodzoną naiwnością poprosiłem o pokazanie sprzętu, tak jakbym faktycznie był w stanie go kupić. Zimny prysznic jaki zgotował mi dłubiący w zębach sprzedawca był tym dotkliwszy, że głowa płonęła a serce pracowało jak na pierwszej randce. “Stać Cię na to? To drogi komputer” – słowa przecięły powietrze jak bicz, sprowadzając mnie na ziemię w trybie awaryjnym. Oczywiście, że nie było mnie stać. Sam nie wiem, czy niespodziewany brak empatii subiekta, czy brutalne uświadomienie, że nawet odmawiając sobie przez kolejne miesiące wszystkiego i tak nie uzbieram na zakup podziałały tak silnie, że spuściłem głowę i nie odszczeknąłem, choć miałem to wówczas w zwyczaju. Zrobiło mi się najzwyczajniej głupio. Pooglądałem jeszcze przez chwilę skarby w gablotach (sporo gier na Game Boya, bez pudełek, ewidentnie chińskiego pochodzenia), zapytałem bezmyślnie o to czy tamto i w końcu wyszedłem, żeby nigdy nie wrócić. Zresztą po co? Żeby znowu narobić sobie nadziei?

69-Gauntlet
Gauntlet the Third Encounter, splash screen, Atari Lynx

Fakt faktem, Wrocław szybko pozwolił mi zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu. PC-ty były wszędzie i widok trailera do Heart of Darkness (na lata przed premierą) czy Into the Shadows (nigdy nie wyszło, a szkoda) podsyciło bardzo słuszną, bo pragmatyczną potrzebę posiadania blaszanego pudła. Do Lynxa wróciłem dziesięć lat później, a i to bardzo przejściowo. Dopiero niedawno, w ramach poszukiwania starych fascynacji zacząłem się nim interesować, skuszony magią sceny niezależnej, systematycznie wypuszczającej kartridże z niepublikowanymi wcześniej tytułami odrzuconymi przez Atari w procesie wydawniczym (Raiden, Eye of the Beholder). Tym samym jestem na początku przygody z kotkiem i mam zamiar tego nie zmarnować. Plan jest taki, żeby odkrywać go jakby znowu były lata dziewięćdziesiąte, powoli, bez pośpiechu, kartridż po kartridżu. Jestem szalenie ciekaw, czy taki eksperyment wciąż ma sens i czy otoczony dziesiątkami tysięcy gier atakujących z każdej strony da się przywołać ducha tamtej epoki. Wyłączam tym samym całą wiedzę jaką mam o ostatnich dwóch dekadach, wyłączam oczekiwania i rozczarowania, zakładam trampki i idę do kiosku po baterie. Gauntlet już czeka, dostarczony przez kuriera prosto z UK. Screeny wyglądają tajemniczo i obco w porównaniu do oryginału. Nie ma co dłużej tkwić w niepewności. Do dzieła.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s